RAP AROUND THE WORLD

Ta strona poświęcona jest rapowi z całego świata. W hip hopie siedzę ponad 25 lat, zbieram płyty i nie ściągam ich z netu - chyba, że są to nielegale. Moja kolekcja płyt sięga ponad 15.000 sztuk - muszę chyba kupić większe mieszkanie, aby jeden pokój przeznaczyć TYLKO na płyty CD :) Nie spodziewaj się linków z downloadem - na pewno gdzieś sobie daną płytę znajdziesz - nie tu. I nie spodziewaj się też wielu nowości - ostatnio hip hop śmierdzi. Spodziewaj się za to recenzji rapu z ponad 100 krajów, albumów takich bardziej znanych i takich, o których słyszysz po raz pierwszy - może po taką płytę sięgniesz? Zapraszam na podróż po świecie hip hopu.
## Na dole dodałem flagi, żeby łatwiej było znaleźć coś z odpowiedniego kraju :)

czwartek, 23 października 2014

CAL LUV - I WANNA SMOKE WIT U

Hella Deep 1996

1. Intro 
2. Life Of A Playa   
3. I Wanna Smoke Wit U    feat. DOLLA WILL
4. Scrilla     feat. HERSHY BABY
5. Stressed Out    feat. D.O.A.
6. Changes 
7. Catch Me If You Can 
8. Scrilla (Radio)
9. Changes (Radio) 
10. I Wanna Smoke Wit U (Radio)

    Wprawdzie Cal-Luv wydał ten album w drugim obiegu, to jego wydanie imitowało idealnie legalnie publikowane płyty - miało nawet kod kreskowy. Co więcej, był również winyl! I choć po tym debiucie nie wyszło już chyba nic od tego rappera, wiele osób uznaje 'I Wanna Smoke Wit You' za klasyka g-funku.
    Na tym krótkim albumie większość podkładów wykonał niejaki Roggie S, a tylko dwa Toure. I faktycznie, mamy tu niezwykle bujający, mocno upalony g-funk, który porywa nas niczym latający dywan ponad palmami Kalifornii. Lecimy na tej chmurze dymu przez trzy kwadranse, niesieni brzęczącymi basami, partiami syntezatorów, czy samplami z takich rzeczy, jak Stanley Clarke, czy Mother's Finest. Niesamowity klimat nie zwalnia, od obecnych tu funkowych wokaliz ja osobiście mam ciary na plecach i jest to taka rzecz, za którą fani g-funku Złotej Ery daliby sie pociąć. Mało znany producent i zaczynający dopiero karierę DJ Toure z Hieroglyphics wywalili jeden z ciekawszych albumów gatunku. Owszem, słychać wyraźnie, że dwa kawałki toure są jakby z nieco innej bajki ('Stressed Out' i 'Catch Me If You Can'), ale zupełnie nie przeszkadzają pomiędzy funkującymi zawijasami Roggie'go.
    Cal-Luv ma typowy, kalifornijski wyluzowany flow, którym opowiada nam swoje zjarane nieco opowiastki. Mieszają nam się tu różne odsłony z życia gracza. Raz mamy przed sobą upalonego kolesia, rozwalonego na kanapie z koniakiem w ręku, innym razem gracza w pogoni za kasą, aby następnie spotkać młodego człowieka, który świadomy jest mechanizmów, rządzących światem. Nie ma tu żadnych szczególnych opowieści ani dosadnych wersów, ale Cal-Luv ma pewien dar, który sprawia, że słucha się go bardzo dobrze, zwłaszcza na tak kołyszącej muzyce. Gościnnie mamy tu tylko Dolla Will i kolesi z D.O.A. - bardziej gangsterskich w klimacie. Nie mogę nie wspomnieć jeszcze o Hershy Baby, którego wokal jest absolutnym mistrzostwem i 'Scrilla' dzięki niemu zyskuje drugie dno.
    De facto mamy tu tylko sześć numerów - ciężko liczyć intro i trzy wersje radiowe - czyli bez wersów niecenzuralnych. Ale te sześć kawałków to prawdziwa przyjemność dla każdego, kto lubi funk i zasłuchiwał się swego czasu g-funkiem. Bardzo lubię wrócić do tego albumu, bo ma on siłę i świetny wajb.

OCENA: 4+\6 


wtorek, 21 października 2014

MC ROD - LIFE'S A BITCH

380 Recordings 1993

1. Do This
2. MC Rod Is Dope
3. Masterpiece
4. 100% Legit
5. Watchin You
6. I Come Up Hard
7. The Plumber
8. Bitches Ain't Shit
9. H.N.I.C.
10. Life's A Bitch
11. Punk Ass Nigger
12. Hi Priced Ho

    Pamiętam taki okres w połowie lat '90, że w warszawskich sklepach muzycznych pojawiło się sporo rapowych płyt, dystrybuowanych przez Ichiban Records. Nie wiem, skąd się tam brały, czy ktoś je sprowadzał, czy co - dość, że w kilku sklepach były dostępne wydawnictwa iście unikalne i to w cenach bardzo przystępnych. Tak właśnie nabyłem płytę MC Rod'a - dziś chyba zupełnie niedostępną. To drugi album tego rappera z Houston, po którym zniknął on ze sceny - nie słyszałem o żadnym następnym wydawnictwie.
    MC Rod to nie tylko MC, ale również producent. Te jego bity to swego rodzaju mieszanka Miami Bass, południowego cykania i soulowo-funkowych sampli. Kawałki mają szybkie tempo dzięki przemyślnie poukładanym instrumentom perkusyjnym - tu nie ma zwykłego bumbap bubumbap, tu gra cała orkiestra perkusyjna. Żeby kjednak nie było za słodko, wszystko wygenerowane jest naturalnie z maszyny perkusyjnej. Ale przynajmniej w tej materii Rodowi nie brakło fantazji. Bo dla odmiany, wszystko poza perkusjami, ograne jest do łez na tysiącu innych płyt. Każdy motyw przewodni każdego kawałka usłyszymy na co najmniej kilku wydawnictwach w promieniu lat 10 od tej płyty. W te i we wte. Poza bardzo znanymi samplami, mamy tu jeszcze głębokie basy, czasem wręcz g-funkowe oraz nieco melodyjek z syntezatorów, zwłaszcza przy kawałkach... hmmm... 'romantycznych, jak np. 'Watchin' you'. Typowy produkt tamtych czasów.    
    W Stanach, zwłaszcza w czasach Złotej Ery, łatwo było trafić na jakiegoś wacka - wytwórnie, czując koniunkturę, wydawały wszystko, jak leci, żeby napchać kieszenie, zanim opadnie gorączka. Takich nołnejmowych płyt wyszło wówczas zatrzęsienie i duża część nie bardzo nadawała się do słuchania - wtórne bity, tragikomiczni rapperzy. Popatrzcie iluz rapperów z lat '90 ostało się na scenie do dziś, a ilu przepadło po jednym, góra dwóch płytach? MC Rod przepadł, ale tu akurat nie ryzykowałbym stwierdzenia, że dlatego, że był słaby. Powiedziałbym, że to raczej średniak z plusem. Potrafił przyspieszyć, kombinować z flow i dopasować się do czasem naprawdę szybkiego tempa piosenek. Rapper od początku usiłuje nas przekonać, że jest najlepszym rapperem i że jest 'dope' i '100% legit', a do tego stworzył prawdziwy 'masterpiece'. Kiedy już wydaje mu się, że wiemy, że jest najlepszy, wchodzi ze swoimi 'lovers rap', które różnią się diametralnie od tych znanych z płyt choćby LL Cool J, bo mają one wyraźnie wydźwięk nacechowany podejściem typu 'so u know u gots to go, ho!'. Dość zabawny jest numer 'Plumber', w którym Rod opowiada, jak przebrany za tytułowego hydraulika chodzi po domach i 'czyści rurę' żonom i kochankom. Na koniec dostajemy nieco groźnych, ulicznych, gangsterskich rymów o ciężkim życiu i sprzedajnych czarnuchach.
    Nie jest to zatem zła płyta, choć nie twierdzę, że specjalnie dobra. Taki typowy produkt tamtego okresu z południowo-zachodnich stanów USA. Lubię sobie czasem do niej wrócić, bo jak mówię, trafia się tu kilka niezłych wejść, może też trochę z sentymentu... Ale szału nie ma.

OCENA: 3+\6  


środa, 17 września 2014

DEMO CD - DIABOLIC

nielegal 2003

1. Baby mama drama
2. Gods gift    feat. LOU CIPHER
3. Run ya pockets
4. Epiphany feat. FALLEN ANGELS
5. Disgust    feat. COAL, TABU
6. Sit down  feat. COAL, TABU

    Wprawdzie grupa Triple Optics składa się z Diabolic'a, Coal'a i Taboo, jednak to właśnie Diabolic postanowił wypuścić swoją solową demówkę wświat. W podziemiu koleś znany jest jako rapper bitewny, uczestniczący w wielu walkach. Jego demówka chyba nie miała w ogóle fizycznego wydania - po sieci plącze się kilka linków.
    Dwadzieścia parę minut demówki to obcowanie z typowym, klasycznym, nowojorskim brzmieniem. Takim z początku XXI wieku, ale jednak tak oczywistym. To klimat dla tych, co lubią brzmienie Jedi Mind Tricks, czy Snowgoons. Surowa atmosfera, sample z rzeczy, z których rzadko komu przychodzi na myśl korzystać. Dlatego mamy tu pełen przekrój dźwięków, od pojedynczych dźwięków poszczególnych instrumentów, do całych kakofonii. Wprawdzie podejrzanie często cykają tu hajhety, ale klimat jest nadal wręcz piekielny - ksywka do czegoś zobowiązuje, tak? Ta demówka to 25 minut zdecydowanie podziemnej, hardkorowej jazdy.
    Diabolic zrezygnował z bitew na rymy, kiedy zaczęto je komercjalizować. Dlatego już wiesz, że to zdecydowanie podziemny typ! Diabolic nie ma zamiaru gadać tylko dla sztuki. Jego teksty nie są li tylko czczymi przechwałkami, że jest najlepszy na Long Island. Nawet nie próbuje takich rzeczy. Na tej demówce znajdziemy opowieści z dzielnicy, rzeczy i wydarzenia znane najprawdopodobniej z autopsji, bo wszystko, co mówi rapper jest szczegółowe i zawiera dokładne opisy sytuacji i emocji. Nie ważne, czy boryka się on z panną, czy idzie przez miasto, zaczepiany przez jakiś typów. Na potrzeby demówki Diabolic zatrudnił również kolegów z Triple Optics, ale także osoba zorientowana w podziemiu NY odnajdzie tu takie osoby, jak Icon The Mic King, czy Lou Cipher.   
    Od czasu demówki, Diabolic ewoluował. Obecnie nagrywa kawałki z RA The Rugged Man, Sean Price z Heltah Skeltah, czy Vinnie Paz'em z Jedi Mind Tricks. Już sama demówka jest warta uwagi, dlatego można się pokusić o sprawdzenie fb Diabolica (ostatnio wrzucił kawałek na bicie DJ Premiera) i odnalezienie gdzieś w sieci jego nagrywek. Warto.

OCENA: 5-\6


poniedziałek, 15 września 2014

PLAY - DOUG E FRESH

Gee Street 1995

1. Where's Da Party At
2. It's On   feat. VICIOUS, SINGING MELODY
3. Take 'Em Uptown
4. I Ight (Alright) (Allstar Remix)
5. The Original Old School    feat. COLD CRUSH BROTHERS, DJ HOLLYWOOD, THE FURIOUS 5, LOVEBUG STARSKI
6. Freaks   feat. VICIOUS
7. Freak It Out
8. It's Really Goin' On In Here   feat. MISSJONES, SHOCK DOG
9. Who's Got All The Money
10. Get Da Money   feat. ILLAQUOIN, MANSONE BATEZ, SHIM SHAM, TODD BLACK
11. Hands In The Air    feat. BEENIE MAN
12. Doug E. Got It Goin' On   feat. MISSJONES
13. Keep It Going    feat. MISSJONES
14. Breath Of Fresh Air    feat. THE DIGGY DIME, ILLAQUOIN, K-SUPERIOR, MANSONE BATEZ, VIGILANTE

    Doug E. Fresh to klasyk, jeden z prekursorów beatboxu, wydający swoje płyty również studyjnie. 'Play to jego czwarty, jak na razie ostatni album, na którym pozbył się swojej Get Fresh Crew i wprawdzie kokosów na nim nie zarobił, bo album nie odbił się szerokim echem, ale przynajmniej MTV puszczało jego teledyski w prawie każdym Yo Raps! - a zwłaszcza 'Freaks'. 
    To już połowa lat '90, zatem nie wypadało pójść po linii najmniejszego popru. Dlatego, poza tym, że Doug E. Fresh sam produkował część utworów, poza tak znanymi osobami, jak  Da Beatminerz, Easy Mo Bee, czy Yogi z CRU, mamy tu całą plejadę współpracowników Fresh'a, bliższych lub dalszych: DJ Barry B, RP, Shim Sham, Allstar, Chill Will, Donavon Thomas. Produkowali oni większość kawałków razem, w różnych kombinacjach, a sam gospodarz czasem do nich dołączał, czasem nie. Co z tego wyszło? Większość płyty to zdecydowanie imprezowe kawałki, które swego czasu niewątpliwie potrafiły rozkręcić niejedną imprezę. Doug i jego koledzy przywracają klimat dawnych hip hopowych potańcówek w opuszczonych halach fabrycznych Nowego Jorku. Z samplami z takich tuzów czarnej muzy jak Bernie Mac, Alfred Newman, James Brown, czy Minnie Ripperton mamy cały czas gorący wajb. Największym jednak hitem z tego albumu był kawałek 'Freaks', który w całości opiera się o bitboks Fresh'a.    
    Doug, pomimo, że jest specem od bitboksu, umie rymować całkiem porządnie. Ma charakterystyczny, wysoki głos, a do tego często wplata w swoje wersy kawałki paszczogrania - że tak to ujmę. Nie ma tu nic skomplikowanego - wszystkie kawałki poświęcone są zabawie, ewentualnie fajnym pannom na tychże imprezach. Do tego mamy jeszcze nieco bragga, bo oczywiście Doug E. to 'the world's greatest entertainer', jak mówi tytuł jego poprzedniego albumu. Żeby nie było, że Doug jest sam jak palec, zaprosił on na płytę z jednej strony gości, którzy już w 1995 roku byli przebrzmiali: Cold Crush, Furious 5, czy Lovebug Starski. Z drugiej strony Doug chciał zapewnić 'Breath of fresh air', dlatego mamy tu sporą brygadę młodych rapperów, którzy nie pokazali się już nigdzie więcej - poza młodym Vicious'em - 14-latkiem, wypatrzonym przez Fresh'a i Donavona Thomasa na jakimś talent show. Vicious miał już na koncie cały album, a tutaj również dał parę wersów u swojego 'wujka'. Zresztą, największą popularnością cieszył się właśnie 'Freaks' z jego udziałem. Może dlatego, że dzieciak gadał o cipkach, a może dlatego, że to po prostu fajny kawałek. Z tych bardziej znanych osób, mamy tu jeszcze legendę ragga, Beenie Mana i popularną niezwykle w tamtych czasach gwiazdkę r&b, missjones.
    Słuchając albumu nie mogę oprzeć się wrażeniu, że coś tu nie gra. Owszem, są naprawdę niezłe momenty: 'Freaks', 'Where's da party at', 'I ight', ale w całości to wszystko jest po prostu przeciętne i nic dziwnego, że 'Play' nie sprzedał się tak, jakby chcieli zainteresowani. Doug zdaje się tkwić zawieszonym w czasie kilka lat wstecz i nie zauważać upływającego czasu. W 1992-3 płyta pewnie byłaby hitem. Ale mamy tu 1995. Dziś, puszczam sobie ten album co jakiś czas (raz na 3-4 lata znaczy), aby przypomnieć wspomniane hity. I tyle.

OCENA: 3+\6   


sobota, 13 września 2014

AMBUSH - MAROONS

Quannum 2004

1. Ambush
2. Matter Of Time
3. If
4. Don't Stop
5. Lester Hayes
6. Best Of Me   feat. GIF OF GAB
7. Best Of Me (Bonus Beat)
8. Beautiful You   feat. BEAR, GIFT OF GAB, JOYO VELARDE
9. 365

    Dwóch gości z szacunkiem podziemia jak stąd do Australii. Lateef z Latyrx oraz Chief Xcel z Blackalicious pod szyldem Quannum Records nagrali dekadę temu album, który w kręgach wspominany jest do dziś. Jednak, jak mi się wydaje, sporo osób po naszej stronie oceanu pominęło ten album, czy to z racji nazwy, czy ciężkiego brzmienia, czy Bóg wie czego jeszcze.
    Chief Xcel jest na tyle wybitnym oraz uznanym producentem w podziemiu WestCoastu, że nie trzeba było Lateefowi szukać daleko. Mając taki skarb w drużynie nawet nie powinno się szukać gdzie indziej - nie wypada po prostu. The Chief potrafi wykorzystać wszystko, co wpadnie mu w łapy, aby zrobić soczysty, podziemny trak. Nie ważne, czy sampluje gitary, czy flety, czy cokolwiek innego. Większość bitów tu ma ten funkowy wajb, basy brzęczą przyjemnie, perkusje wystukują rytm, do którego kiwasz głową. I choć pojawiały się głosy, że Xcel poszedł zbyt daleko w kierunku mainstreamu, ja nie jestem do tego przekonany. To ciągle podziemna jazda, rodem z Bay Arena, której nie wszyscy fani rapu będą chętne słuchać. Nawet, jeśli są tu refreny wokalne, nawet, jeśli The Chief nieco złagodził brzmienie - nie ufaj, to przecież Ambush (ang. 'zasadzka' - przyp. BYS2TB). Ale nie znaczy to, że mamy tu coś wspólnego z gwiazdorskim rapem typu 50 Cent, czy Timba. Te brudne gitary w 'Lester Hayes', ta solówka na flecie z 'Don't stop' - to nie materiał dla siks i chłoptasiów z grzywką po fioletowe rurki. No, może 'Beautiful you' z lajtmotywem z 'Ta ostatnia niedziela' Mietka Fogga urzeknie gimnazjalistki, czy może raczej ich babcie, ale nadal jest to dość surowe. To prawdziwy rap z zachodu Stanów.   
    Lateef ma zadziwiającą czasami umiejętność manipulowania swoim flow. Niby rymuje akcentując wyraźnie każde słowo, sieka niczym toporem, po czym za moment przechodzi do wręcz płynnego rymowania, które potrafi zmienić się w zaśpiew. Lateef podejmuje ważne tematy światowej supremacji najbogatszych, wzywa do rewolucji, jego rymy są pełne wściekłości i goryczy. Stara się wypchnąć słuchacza, aby wziął sprawy w swoje ręce. Bezlitośnie punktuje niesprawiedliwości społeczne, choć mam wrażenie czasem, że mówi o czymś, o czym nie specjalnie ma pojęcie... Gościnnie pojawił się tu przede wszystkim Gift Of Gab z Blackalicious (a jakże!!), który swoim stylem zamiata na równi z Lateefem.
    To tylko niecałe 40 minut, ale to niezwykle potężna dawka szczerego rapu. Nie nastawionego na potężne miliony, ale na przekaz i styl. Album jest może nieco niedoceniany, ale warto go sprawdzić, bo pełen jest dźwięków i technik werbalnych, które powinny zadowolić każdego fana rapu.

OCENA: 4+\6


czwartek, 11 września 2014

POSSESION WITH INTENT - JOSH BOOTS

Arctic Flow 2010

1. Possession With Intent
2. Hip Hop     feat. AKREAM
3. No Show Sox
4. I Couldn’t Get Mine
5. No Fathers
6. Ill But logical   feat. SOLID SEED, NALISEOUS
7. Not Tonight    feat. KUTTHROAT
8. I'm Sorry
9. Street Control    feat. AKREAM
10. Wanderin Free
11. So Many Times
12. Day By Day    feat. SOLID SEED
13. Clockin In    feat. AKREAM, PHONETICS
14. I Push You Push    feat. AKREAM

    Myślisz, że na Alasce mieszkają tylko niedźwiedzie? Myślisz, że na Alasce jezt zbyt zimno, żeby rymować? Gówno wiesz o Alasce zatem. Josh Boots to współzałożyciel wytwórni Arctic Flow i jeden z prekursorów i legend rapu w tym najzimniejszym stanie Ameryki.W ciągu ostatnich 15 lat Boots wyrósł na wręcz legendę Alaski, koncertował z największymi gwiazdami rapu i w swoim stanie ma ugruntowaną pozycję na szczycie. Czemuż więc nie w całych Stanach?      
    Znakomita większość została tu zrobiona przez producenta o imieniu Alkota, choć nie sądzę, żeby to powiedziało komuś cokolwiek. Tak samo, jak imiona całej reszty tych beatmakerów z Alaski: Freeq, Brooklyn Funk Productions, Rawbeatzz, Blastoff Productions... W zasadzie, ich imiona są nawet mało istotne, ważne, jaki rodzaj muzyki tworzą i jak odnajduje się na nich emce. Jako, że Boots ma mocny styl, podkłady również są energetyczne - to dość nowoczesne bangery, podparte konkretnymi perkusjami i hałaśliwymi samplami. Owe sample są bardzo różne: od delikatnych gitarek, po sekcje dęte i skoczne flety. Czasami perkusja lekko się połamie, czasem wkradnie się nieco elektroniki, ale wszystko, co tu dostajemy, to normalny, nowoczesny hip hop, grany w XXI wieku bez oglądania się w przeszłość, tak samo jak bez szukania alternatyw. 
    Josh Boots ma lekko zachrypnięty, dość agresywny wokal. Nieźle radzi sobie z mikrofonem, jego flow płynie z różną szybkością - co ważne, koleś się wcale nie gubi na podkładach, tylko płynnie przyspiesza, bądź zwalnia. Do tego jego teksty wcale nie są kiepskie i choć w większości to bragga lub rymy bitewne, to jednak jest tu trochę spostrzeżeń socjologicznych, czy życiowych, zwłaszcza w drugiej części płyty. Boots zaprosił na album kilku lokalnych gości, w sumie wszystko toczy się tu w tym mroźnym klimacie Alaski. Josh jest tu zdecydowanie najsilniejszym ogniwem, zresztą, gra tu pierwsze skrzypce i goście mają tu w sumie wkład marginalny.
    Odpowiedź na pytanie ze wstępu jest proste. Otóż scena z Alaski nie jest popularna w USA, ani nigdzie poza półwyspem nie dlatego, że wszędzie mają w chuj daleko. Po prostu jeśli najlepsi zawodnicy wydają przeciętne płyty, to ciężko spodziewać się, że zawładną światem. Owszem, jest tu kilka naprawdę fajnych traków: 'Clockin in', 'Street control', czy 'Ill but logical', ale to nie wpływa na to, że to płyta zaledwie średnia. Choć sprawdzić można.

OCENA: 3+\6 


wtorek, 9 września 2014

EDUCATION OF A FELON - THIEF SICARIO

Realizm 2007

1. Veteranz Day  
2. We Ain't Playin' feat. TRAFEK, SAWB-1
3. Never Hide   feat.  SANTOTZIN, MALDITO VILLA 
4. Bring The Gunz 
5. Peace Time Vets    
6. A Dedication to La Raza      
7. Sounds From The Cohete
8. The Ventriloquest   
9. Fifth Sun Eclipse 
10. Lyrical Heavyweights feat. TRAFEK 
11. Numbers
12. Kill The Rage   
13. Adopted By The streets 
14. In Prison and War   
15. Fifth Sun Eclipse II feat. TRUTH 
16. Enemies Mourn You feat. BAD NEWS 
17. Amerika   
18. Se Acabo feat. KRAZY RACE, MIC MC 

    Sicario to prawdziwy twardziel, nie ma tu jebania. Syn nastoletniej matki, od dziecka tkwił w środowisku, które narkotyki, alkohol i ostre rżnięcie miało za całe życie. Można by powiedzieć, że strzały wygrywały mu kołysankę - wiecie, to ten wydziarany, łysy i wąsaty Latynos w kraciastej koszuli, którego nie chciałbyś spotkać na swej drodze w czasie wycieczki po USA. Sicario jest w grze jednak już od prawie 20 lat, to wprawdzie jest jego solowy debiut, ale nagrywał sporo przed, ale do tej pory ma również na koncie jeszcze dwie kolejne płyty.
    Wszystko tutaj miesza się we własnym sosie, bo producenci pochodzą ze ścisłego kręgu koleżków rappera, a także udzialają się na albumie lirycznie. Najwięcej podkładów zrobił tu Trafek, ale są tu również bity od takich ludzi, jak Maldito Villa, Shadow of Mankind, Somnolence oraz Elespecialista, z którym Thief tworzy grupę Ninth Degree. Mało tu typowych latynoskich bitów w typie 'moja mandolina gra tak pięknie', ani oldies, opartych na starych hitach, choć owszem, te jakże oczywiste tutaj meksykańskie trąbki pojawiają się tu i ówdzie. Jednak to przede wszystkim ciężkie podkłady, zazwyczaj grane osobiście na klawiaturze, zgrane w komputerze. W thrillerowych podkładach celuje zwłaszcza Maldito Villa, którego podkład może śmiało byc ścieżką dźwiękową do horroru klasy B. Przechodzimy tu przez wspomniane meksykańskie trąby, melancholijne pianina, aż po monumentalne sample z opery. Płyta zmasterowana jest dość nieudolnie, bo kawałki są nagrane na różnych poziomach, jednak to jest taki album, który zachwyci fanów podziemia - tego głębokiego. 
    Za ciężarem gatunkowym podkładów śmiało podążają teksty. Latynoscy podziemni rapperzy rzadko kiedy są nieźli na majku, tak również jest z Thief Sicario. Jego styl to Spanglish - wściekła mieszanka hiszpańskiego z angielskim z garścią lokalnych wyrażeń slangowych. W sumie jego flow jest całkiem fajny - agresywny i płynny, z nieco zdartym wokalem i biorąc pod uwagę treści, to pasuje tu idealnie. A treści? No cóż, Sicario to typ pełen przemocy, wyrosły w klimatach kryminalnych - zresztą sam siedział w więzieniu, jednak nie za przestępstwa na kimś, a za podżeganie na swoich płytach do rebelii - jego kawałki, puszczane w radiach lokalnych wywoływały zamieszki w okolicznych sąsiedztwach! A Thief Sicario opowiada o życiu poza prawem, a że są to opowieści z pierwszej ręki, czasem mogą przerażać realizmem i brutalnością, choć tak naprawdę nie ma tu nic podanego na tacy. ale przecież oprócz tego mamy tu trochę bragga (a co!) i nieco politycznych wycieczek w stronę amerykańskiego rządu. Sicario jest tu chyba najlepszym rapperem, który nie dość, że umie rymować, to jeszcze opanował angielski w stopniu pozwalającym mu płynnie jechać z angielskimi wersami. To stricte hardkorowa jazda, w większości kawałki nie mają refrenów, tylko nawijkę na ciężkie tematy.  
    Szczerze mówiąc, podoba mi się ten album. Różni się od innych płyt z szyldem chicano  rap, bo nie jest przesiąknięty tym meksykańskim feelingiem. To po prostu podziemny klimat, pełen dragów, pistoletów i dziwek, gdzie zewsząd czai się zagrożenie. Jest to zdecydowanie płyta dla fanów ciężkiego grania.

OCENA: 4-\6