RAP AROUND THE WORLD

Ta strona poświęcona jest rapowi z całego świata. W hip hopie siedzę ponad 25 lat, zbieram płyty i nie ściągam ich z netu - chyba, że są to nielegale. Moja kolekcja płyt sięga ponad 15.000 sztuk - muszę chyba kupić większe mieszkanie, aby jeden pokój przeznaczyć TYLKO na płyty CD :) Nie spodziewaj się linków z downloadem - na pewno gdzieś sobie daną płytę znajdziesz - nie tu. I nie spodziewaj się też wielu nowości - ostatnio hip hop śmierdzi. Spodziewaj się za to recenzji rapu z ponad 100 krajów, albumów takich bardziej znanych i takich, o których słyszysz po raz pierwszy - może po taką płytę sięgniesz? Zapraszam na podróż po świecie hip hopu.
## Na dole dodałem flagi, żeby łatwiej było znaleźć coś z odpowiedniego kraju :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2000. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2000. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 7 września 2014

NEO.NOW - 5 STERNE DELUXE

Yo Mama 2000

1. Ryckkehr der altern menner feat. RINKWARDER SPEELDEEL
2. Die Leude    
3. Dreh' auf den Scheiss    
4. Das haette ihr Lied sein koennen
5. Kill That Rock      
6. So dumm    
7. Wie bidde? 
8. Toni Europa
9. I like to smoke    
10. Stop Talking Bull feat. DISCOTIZER, SUPERMAX
11. Wir ham's drauf    
12. In der Tat     Reinhören
13. Auf der Yach nach Dr. Hossa    
14. Champagneros    
15. ja, ja... Deine Mudder Deejay Punk-Roc RMX    
16. Verdammt 
17. 18 Zeilen    
18. Die Parawahne zieht weiter...

     Der Tobi & Das Bo to swego czasu niezwykle poularny duet na niemieckiej scenie. Połączyli oni swe siły z DJ Coolmann'em oraz grafikiem Marcnesium i stworzyli pięciogwiazdkową jakość u naszych zachodnich sąsiadów. Uderzyli mocno singlem '5 Sterne Deluxe', który pozamiatał scenę, po czym na fali pierwszego albumu wyszedł dwa lata później nowy: 'neo.now'.
    Produkcją albumu członkowie grupy zajmowali się sami - z małymi wyjątkami na remix brytyjskiego DJ Punk Roc'a oraz na jeden podkład od znanego niemieckiego producenta, Roey Marquis II. To niby klasyczny rap, ale mający wybiegać w przyszłość ze swoimi podkładami i rzeczywiście, choć większość albumu to zupełna klasyka, bumbapy na jazzowych samplach, to przecież jest tu trochę klimatów zapowiadających zmianę trendów w rapie, jednak chyba 'Neo.Now' wychodziło momentami zbyt daleko. O ile hit 'Die Leude' jest faktycznie posunięty mocno w stronę sokonań Kool Keitha, ale przynajmniej kręci, to taki 'Auf der Yach nach Dr. Hossa' to prawdziwy koszmar, którego nie da się słuchać. Jednak w ogólnym rozrachunku nie jest wcale źle i choć może przyjęte brzmienie nieco wyszło poza ramy, ale przecież zespół eksperymentował już od pierwszej płyty i nie powinno to byc nic nowego.
    No cóż, wiek XXI to czasy, kiedy blask gwiazdy Der Tobi & Das Bo zaczyna gasnąć. Ludzie mogą być wreszcie nimi zmęczeni, bo o ile na początku mieli naprawdę świeży styl i to było zabawne, to po prawie dekadzie fanom przejadły się komedyjki i satyryczne teksty, z czasem posuwane wręcz do absurdu. Czasem, owszem, jest to zabawne, ale bywa również żenujące, zwłaszcza kiedy rapperzy wydawali muzykę z dość dużą częstotliwością. Tobi Tobsen i Bo są naprawdę nieźli na majkach, ale przyjęta przez nich komiczna stylistyka nie zawsze jest zjadliwa i bywa denerwująca. Jednak weź kawałek z 'Champagneros': 'Ich bin Toni Tonic der Meister der Mischung, \ denn ich kipp m' A und B zusammen und das heißt dann Erfrischung. \ Verleih ich Wodka Flügel und mach Kuba wieder frei \ krieg ich 'n Brand wie du Williams, wär gern mit dabei \ Rappe Hie Feiern, mit Meyers Meyern \ feierst Du mit Bayern und hast Du Likör statt Haaren an Deinen Eiern' - wchodzi to nieźle, i te złośliwości na temat wieku fanów Bayrenu, gry słowne z alkoholem i znanymi postaciami pop kultury - to wcale przecież nie jest takie złe. Dlatego, mimo kilku niewybrednych, bądź po prostu głupawych żartów, liryka jest całkiem w porządku, choć ten kabaret może być męczący.   
    Niestety dla zespołu, po pierwszym albumie formuła się wyczerpała i płyta sprzedawała się słabo. Myślę, że nieco zbyt pochopnie odrzucono te płytę, bo nie jest wcale taka słaba, ale z drugiej strony nie jest to rewelacja. Dość porządna płyta od dinozaurów niemieckiego rapu.

OCENA: 4-\6


niedziela, 6 lipca 2014

PASTOR TROY FOR PRESIDENT - PASTOR TROY

Real Thang 2000

1. We Ready
2. Champion
3. Get off Me    feat. LUDACRIS
4. No Mo Play in G.A.
5. Fuck Miracle
6. Bring Ya Army
7. It’s Going Down   feat. MIKE GOLD
8. Help Me, Rhonda
9. Then I Gotta Change
10. Ghetto Raised
11. Pastor Troy for President
12. It’s Going Down Here
13. We Ready 2000
14. It’s on da Map    feat. DRAMA FABO
15. Cut Em Off    feat. LIL MAMA
16. Do It    feat. RASHEEDA
17. Back Up   feat. BABY D 

    Trzeci album legendy południowego rapu z Augusty jest w zasadzie składanką. Troy powrzucał tu swoje kawałki z innych płyt, niekoniecznie swoich, więc mamy tu coś w stylu przekrojowego albumu Greatest Hits - tyle, że Pastor poszedł dalej i idzie po prezydenturę. W rapie naturalnie.
    Muzyka jest bardzo typowa dla brudnego południa Stanów, zwłaszcza dla stanu Georgia. To cykające, często połamane bity z pudełkowatymi werblami. To syntetyczne melodyjki, układane na komputerze i klawiszach. Owszem, te perkusje są bardzo urozmaicone i za każdym razem inne, ale mniej odpornych mogą irytować cykaniem, kląskaniem, stukaniem, cirpaniem, turkaniem i innymi dziwnymi odgłosami. Ilość sampli jest tu minimalna, bo producenci dbali raczej o to, żeby kawałki były bangerowe i bujały każdym gettem w Auguście. Ale oczywiście producenci wzięli trochę ze spuścizny muzyki - takim najbardziej oczywistym przykładem jest 'Then I gotta change' z samplem z 'I wanna be your lover' Prince'a, bo sampel jest mocno charakterystyczny, ale przecież również 'Help me Rhonda' to nic innego jak przeróbka hitu The Beach Boys. Podkłady bardzo dopasowane są do stylistyki wokalnej Pastora, są wściekłe. 
    Wściekłość jest słowem-kluczem, bo Troy ma niezwykle agresywny flow, wrzeszczy wersy swoim zdartym głosem, co jakiś czas pokrzykując swoje słynne 'we readee!!'. Koleś drze ryja konsekwentnie od prawie dwóch dekad, a w jego stylistyce niewiele się zmienia. A pomysł na swój oryginalny styl Pastor ma taki: militarny dryl wzięty został od ojca - wojskowego, przydomek Pastor, również po nim, bo po odejściu z armii podoficer Troy (to nazwisko, jakby ktoś nie wiedział) został duchownym. Jednak tematyka odbiega jednak od tego, co ojciec (jak mniemam) mówi podczas kazań. I nie są to, szczerze mówiąc teksty wybitne: 'I been in the army 22 years to today \ I rock my fatigues, I rock my muthafucking yay \ I sweep on the bump and let it rid e on y'all punks \ The streets my army and I been ready off the jump \ Muthafuckers i'ma soulja' - nieco to wszystko kojarzy się z czołgiem Mastera P. Może i nie o to tu chodzi, bo te kawałki to raczej takie południowe hymny do ryczenia wraz z wokalistą, a styl dostosowany jest do wizerunku instruktora musztry w US Army, który koci świeżaków. Mocne, ale może być irytujące.
    Bo trzeba być fanem Pastor Troy'a, żeby zdzierżyć jego wycie na tych cykaczach przez ponad godzinę. Owszem, zdarzają się kawałki całkiem porządne - wszak zgromadzono tu najlepsze rzeczy z ostatnich kilku lat przed rokiem 2000, w tym przebój z Ludacrisem, jednak ci, którzy nie przepadają za południowym rapem, zwariują w ciągu pierwszych 5 kawałków. Nie jest to zły album, ale z tym prezydentem, to Troy przesadził.

OCENA: 3+\6



czwartek, 26 czerwca 2014

MUSIC TO DRINK BY - LOUIS LOGIC

Superregular 2000

1. Loud Mouth 
2. General Principle   feat. J-TREDS
3. Who The Fuck Are You?    
4. Trinity      JEDI MIND TRICKS, EL-FUDGE
5. Logistics 101 
6. Factotum    
7. Punchline    
8. Secret Agent    
9. Service The Target    feat. GRAND AGENT 
10. Planet Rock    feat. EL-FUDGE
11. Punchline [Remix]    
12. CM Famalam Radio   feat. BOBBITO GARCIA

    Kim jest Louis Logic? W Polsce kojarzą go tylko i wyłącznie słuchacze, siedzący mocno w podziemnym rapie - dla przeciętnego słuchacza to postać zupełnie anonimowa. Louis wypłynął dzięki znajomości z Vinnie Paz'em z Jedi Mind Tricks i okazał się na tyle zdolnym rapperem, że zdobył sobie szacunek, zarówno za nagrywki solowe, jak i w Demigodz. Przed sobą mamy jego pierwsze, w miarę oficjalne wydawnictwo, będące zbiorem różnych traków, które Louis nagrywał, to tu, to tam.
    Nie jestem do końca pewny, kto robił tu bity. Na pewno Cimer Amor, pewnie parę innych osób, ale album jest opisany bardzo ubogo. Nie jest to zupełnie istotne. Bity walą w łeb, to wspaniale zrobione klasyczne podkłady, pełne sampli, które są czasem znane bardzo dobrze i bujają jak trzeba. Oczywiście numer z Jedi Mind Tricks, 'Trinity', pochodzi z ich płyty 'Violent By Design' i wyprodukowany został przez nadwornego producenta grupy, Stoupe. Jest to prawdziwy killer, kładący na dechy i samplem i wykonaniem. Poza tym, od wielu lat Logic współpracuje z JJ Brown'em, którego bity znajdziemy tu również. Większość kawałków okraszonych jest skreczami i cutami w refrenach i jest to wspaniała jazda przez prawdziwy rap, którego jest niestety coraz mniej.  
    Louis Logic ma przyjemny głos i bardzo fajne flow, takie nieco zadziorne, ale płynące w bardzo fajny sposób po bitach. Większość traków zajmuje bragga i tematyka muzyki, ale nie jest to wcale takie oczywiste, ponieważ Louis wplata w swoje rymy sporo przemyśleń i konmentarzy na przeróżne tematy, co czyni jego nawijkę mało przwidywalną - i dobrze. 'Plain and simple, ordinary Jack's same as nimble \ Plus you lack the sack if your main veins are thimble \ I hang my head over the pane of windows \ Throwing up like, L.A. gang signs or graf paint in scribbles \ Blowing up's a far stretch \ With Indy B-sides I'm hard pressed, for a free ride like car theft \ I'm a hard head; I gotta chill with Joe Camel \ And stick with the liks like a hick in old flannel \ The contradiction in terms, to y'all niggas spitting a verse? \ Is like me smiling while I flip you the bird'. Koleś ma wyobraźnię i potrafi jej uzywać - to spora zaleta u rappera. Gościnnie występują tu emce znani z różnych podziemnych wydawnictw. Oczywiście, Jedi Mind Tricks to klasa sama dla siebie i nie ma sensu tu wydawać z siebie peanów - bo to wiadome. Natomiast bardzo dobre wrażenie robią J-Treds, związany z Company Flow oraz Grand Agent - który swoją drogą wydał przecież całą płytę na bitach od Ostrego.
    Świetny album, choć zawiera tylko zbiór kawałków, z których Louis Logic mógł być dumny w 2000 roku, w czasie, kiedy ten album był jego debiutem zupełnym na scenie. ale płyta sprawiła, że usłyszało o nim więcej osób - i dobrze bo to świetny rapper.

OCENA: 5\6 


wtorek, 24 czerwca 2014

ENTERS THE COLOSSUS - MR. LIF

Definitive Jux 2000

1. Datablend
2. Cro-Magnon   feat. ILLIN' P
3. Pulse Cannon   feat. INSIGHT, T-RUCKUS
4. Enters The Colossus
5. Avengers   feat. AKROBATIK
6. Front On This
7. Arise

    Mr. Lif to legenda podziemnego rapu z Boston. Rzucił studia, aby zająć się karierą i długo nie było trzeba czekać - swoimi kawałkami zwrócił uwagę El-P, szefa Definitive Jux, niezależnej wytwórni, która dała Lifowi szansę - ten zaś wykorzystał ją w 100%. Jako debiut, wydał tę płytkę, dzięki której zyskał dozgonny szacunek i zagorzałych fanów.  
    Def Jux ma swoich sprawdzonych producentów i to im powierzona została produkcja krążka. Fakts One, z którym Lif stworzył później grupę The Perceptionisis (plus Akrobatik, naturalnie), dał bodaj najwięcej podkładów, ale są tu też traki samego Mr. Lif'a, jest jeden od Insight'a, a także maczali w produkcji palce DJ paWL (znany z Atoms Family i Hangar 18) oraz sam szef, El-P. Są to bity oparte o ciężkie werble i łupiące stopy, toczące się przez mózgownice. Na tychże perkusjach producenci umieścili dość oszczędne sample tudzież dźwięki, wygenerowane z komputera, aby dać nam surowe, podziemne brzmienie. Czasem, tak jak w podkładzie Insighta do 'Pulse cannon', masz wrażenie, że lądujesz na innej planecie, gdzie uszy otacza brzęczenie wygenerowane z mooga lub innych przyrządów do niszczenia nut. Bit do 'Arise' znają doskonale fani company Flow, gdyż był on użyty na instrumentalnym albumie grupy. To dość hardkorowa propozycja, ale bardzo dobrze bujająca. Oczywiście, te syntetyczne dźwięki mają się nijak do dzisiejszych vocoderów, tunesów i innych wynalazków. To podziemny rap w najczystszej postaci. I warto zwrócić również uwagę na sety djów... 
    Lif to rapper bitewny, ale również taki, który wypełnia treścią wszystkie wersy. Większość z tego, co rymuje, to bragga, ale bardzo często wprowadza on do rymów różne polityczne odnośniki, komentując poczynania amerykańskiego rządu: 'The government tries to be all magnificient \ But when I came to them, the sea split \ Since then my potenty is been kept secret for years \ We negotated over this \ Then immediately locked behind rolls and squares \They scared cause I'm mentally equipped \ So they can pick me with spears \ Forcing my life to revolve within political spheres \ Here's a narrow tip to your, you consider that \ A primitive attack \ But back then I was smarter than that'. Jego głos i flow płynie sprawnie, choć wydaje się lekko ignorować bit - kończy jednak zawsze tam, gdzie powinien. Na tej epce Lif pokazuje pełne spektrum swoich skillsów, których ciężko mu odmówić. Dla urozmaicenia, wraz z Lifem wystepuje toastujący Illin' P, a także Akrobatik, Insight i T-Ruckus, którzy współpracują stale nie tylko z Def Jux, ale i również z samym Lifem.
    To album, którym Mr. Lif wdarł się do umysłów fanów niezależnego rapu i siedzi tam do dziś. Każda kolejna płyta od Lifa staje się wydarzeniem. Oczywiście nie piszą o tym tabloidy, bo to inny poziom oczekiwania. Wiadomo, że Lif nie pójdzie w komercję i jego rap pozostanie zawsze true to the game.

OCENA: 5\6 


poniedziałek, 14 kwietnia 2014

THE DYNASTY - JAY Z

Roc-A-Fella 2000

1.  Intro                                        
2.  Change The Game    feat. MEMPHIS BLEEK, BEANIE SIGEL, STATIC MAJOR                         
3.  I Just Wanna Love U (Give It 2 Me) feat. PHARRELL WILLIAMS, OMILIO SPARKS           
4.  Streets Is Talking    feat. BEANIE SIGEL                        
5.  This Can't Be Life    feat. SCARFACE, BEANIE SIGEL
6.  Get Your Mind Right Mami   feat. SNOOP DOGG, MEMPHIS BLEEK, RELL
7.  Stick 2 The Script   feat. BEANIE SIGEL, DJ CLUE?                            
8.  You, Me, Him, Her   feat. BEANIE SIGEL, MEMPHIS BLEEK, AMIL                           
9.  Guilty Until Proven Innocent feat. R. KELLY
10. Parking Lot Pimpin'  feat. BEANIE SIGEL, MEMPHIS BLEEK, LIL MO                          
11. Holla    feat. MEMPHIS BLEEK                                     
12. 1-900-Hustler    feat. BEANIE SIGEL, MEMPHIS BLEEK, FREEWAY                             
13. The R.O.C.    feat. BEANIE SIGEL, MEMPHIS BLEEK                                
14. Soon You'll Understand                         
15. Squeeze 1st                                  
16. Where Have You Been    feat. BEANIE SIGEL, L.DIONNE

    Piąty album Jay-Z nie miał być jego solówką, nagrany został jako składanka jego wytwórni płytowej. Jednak w któryms momencie okazało się, że sprzedaż na pewno się zwiększy, jeśli płyta będzie sygnowana przez samego Jehovah. Płytę przyjęto wręcz owacyjnie, a Jay mógł święcić kolejny sukces.
    Jay Z to uznana i bogata firma. Nie było więc problemu, aby zatrudnić na potrzeby albumu samych najlepszych producentów. Najwięcej do powiedzenia mieli tu Just Blaze i Rick Rock. Just Blaze robi dość charakterystyczne dla siebie bangerowe podkłady, które nawiasem mówiąc, świetnie uwydatniają styl Memphis Bleeka i pasują dla niego - ale i przecież Jay również sobie tu nieźle radzi. To elektroniczne bomby energetyczne. Rick Rock zaś zapewnia zwolnienia tempa - nieznaczne wprawdzie, ale uspokajające album. Reszta producentów dała tylko po poszczególnych podkładach. The Neptunes, a jakże, jeszcze wtedy robili dość normalne podkłady, bardziej klasyczne, niż eklektyczne, więc 'I just wanna love u' zawiera jedynie ich charakterystyczne, połamane perkusje i śpiewy w tle od Pharrella. I tak, to przecież hit. I słusznie. Kanye West dał swój soulowy, kombinowany trak do 'This can't be life', z jednej strony nieco nostalgiczny, z drugiej dość energiczny. Bink! z kolei odpowiedzialny jest za dwa traki i jego styl produkcji można najłatwiej określić, jako dość bliski Just Blaze: elektroniczny i bangerowy, choć Bink raczej unika łamania bitu. Rockwilder zaś dał bit w swoim stylu, z basem podbijającym tempo - tego typu traki słyszeliśmy często np. na 'Blackout' Method Mana i Redmana. Memphis Bleek & B-High zrobili podkład oparty na połamanej perkusji i syntezatorowych wkrętach. Ogólnie można powiedzieć, że to nowoczesny, bangerowy rap z NY z początku wieku.       
    Jay Z jest rapperem o już dawno ustalonej pozycji. Jego głos i flow rozpoznasz pośród miliona innych. Lekko od niechcenia, Jay płynie sobie po tych podkładach wyraźnie bez wysiłku, choć nie wszystkie są łatwe do opanowania. Jego teksty zawsze były dobre, czy to opowiada o sytuacji na Brooklynie ('I'm still stretching on the block \ Like "Damn, I'mma be a failure" \ Surrounded by thugs, drugs, and drug paraphenalia \ Cops, courts, and their thoughts is to derail us \ Three time felons in shorts with jealous thoughts \ Trying to figure where your mail is, guesstimate the weight you selling \ So they can send shots straight to your melon; wait!'), czy też wywyższa się nad innych rapperów w grze (Niggas say I'm focused now, they know that's my style \ But dogg, I'm on the block with that coke and a smile \ I still got the crack heads I.D \ And they know, I collect for the first and fifteenth \ I still take cabs to that capsule spot \ For them 31 illusions and them purple tops \ And the game ain't change, niggas is taught different \ I'm raised off one rule, never get caught slippin'). Ale ta płyta nie wyszła po to, aby Jay chwalił się swoimi skillsami - on już je udowodnił, a co więcej, zarobił aprę grubych milionów. Przede wszystkim, pokazać się tu mieli Memphis Bleek i Beanie Sigel - dwaj utalentowani rapperzy, obdarzeni charakterystycznymi flow i głosami. Bleek, wykrzykujący swoje wersy i wchodzący czasem na wysokie tony oraz Sigel, z wolna rozkręcający zwrotki ciężkim basem wokalu. Pozostali goście to druga liga, czekająca na szansę w Roc La Familia, lub fejmowi goście spoza klanu: Scarface, Pharrell i Snoop Dogg.
    Dynastia to dość porządna płyta, po coraz gorszych wcześniejszych płytach, wyszła nawet na plus wraz z poprzednioroczną częścią 3 In My Lifetime. Jednak tu mało jest Jay Z, więcej gości, z których w sumie najciekawiej objawia się Mempis Bleek - Snoop jest wtórny, Scarface średnio pasuje do podkładu Westa, Clue drze gębę, Pharrell jest ok... Niezły album, choć w 2000 wyszło sporo ciekawszych rzeczy.

OCENA: 4\6


sobota, 15 marca 2014

FROM THE DARKNESS INTO THE LIGHT - MELLOW MAN ACE

X-Ray 2000

1. Cleopatra's Dungeon Intro    
2. Is It You    
3. Guillotine Tracks   feat. B-REAL, PROFOUND   
4. Miracles  
5. Promotor Super Estrella    
6. Future Shock    
7. Heaven    
8. Ten La Fe    
9. Bring It Back    
10. Feel Tha Steel     feat. SEN DOG  
11. Sly Slick & Wicked  feat. SEN DOG
12. Cleopatra's Dungeon Outro

    Brat Sen Doga z Cypress Hill, który początkowo był również w zespole, poszedł raczej drogą kariery solowej, choć cały czas wspomagany był \ jest przez brata i kumpli. Ace miał swoją minutę chwały wraz z pierwszym albumem i singlem 'Mentirosa', ale po dwóch płytach nastąpiła długaśna przerwa, kiedy to Ace nie mógł się wstrzelić ani w rynek, ani w żadną z wytwórni. Wreszcie, po 8 latach milczenia, Ace powraca ze swym trzecim albumem, podzielonym na Dark Side i Light side - wprawdzie płyta zebrała swietne recenzje, ale sprzedaż i zainteresowanie rynku były znikome.
    Większość albumu opracowali Collective Funkateerz, tylko po dwa traki oddali Cuban, DJ Muggs oraz sam Mellow Man Ace. Funkateerz dali nam nieco mroczne, funkowe podkłady (jakże, przecież to własnie mają w nazwie, tak?), wielowarstwowe i multiinstrumentalne, bo producenci nie stronią od klawiszy, gitar i w sumie żadnych innych sprzętów. Ba, nie stronią nawet od sampli z muzyki klasycznej oraz wokalnych, wyciągniętych z jakiejś opery. Nie wahali się nawet wrzucić nieco elektroniki tam, gdzie trzeba. Rozczarował trochę DJ Muggs, bo jego podkłady nie są aż tak zabójcze, jakie znamy z płyt Cypress Hill i z jego producenckich albumów. Są dobre, ale mniej ciekawe, niż Funkateers. Najsłabsze podkłady dała chyba Spółka Cuban i Mellow Man Ace, które są takie zwyczajne, choć dość nowoczesne, jak na 2000 rok. Ogólnie słychać, że Ace nie zatrzymał się w latach swojej świetności i postarał się dać fanom płytę, idącą z duchem czasu - jednak ten album, pomimo obecności DJ Muggsa, muzycznie nie porywa. 
    Choć Ace jest z pochodzenia Kubańczykiem, to jego angielszczyzna jest raczej bezbłędna, poza tym zrezygnował przez te lata przerwy z wrzucania hiszpańskich słówek bez opamiętania. No, chyba że robi kawałek w całości po hiszpańsku, jak 'Promotor Super Estrella', czy 'Ten la fe', ale to zupełnie co innego. Rapper ma porządny głos, dośĆ zwyczajne flow i teksty, które zapewne w tym wszystkim są najważniejsze. Ace dotyka bardzo ważnych spraw społecznych w życiu Latynosów i Czarnych w USA: przemoc i walki gangów, ciemno rysująca się przyszłość, pornografia dziecięca, ale również nie boi się otwarcie mówić o tym, jak po sukcesie jego piErwszych dwóch płyt i singla 'Mentirosa', roztrwonił cały swój kredyt i spadł na samo dno. Oczywiście, jako były członek Cypress Hill, zaprosił swojego brata, Sen Doga i B-Reala, a także mniej znanego, udzielającego się przede wszystkim ledwie na składankach, Profound'a. Najlepiej wypadł w tym wszystkim B-Real, który swoim nosowym wokalem niszczy majka.
    Średnia ta płyta, wprawdzie idąca za ciosem, pokazująca to, że Ace jest dość porządnym rapperem i ma coś do powiedzenia, ale wcale się nie dziwię, że przeszła bez echa - w 2000 roku wyszło dużo więcej lepszych płyt.

OCENA: 3+\6


piątek, 7 marca 2014

PAC-TOWN RIDERS - BIG SPIDER

Southland 2000

1. Intro
2. Streets Of Pacoima
3. Criminals
4. Ride With Me
5. Pactown
6. 818 Riders
7. Crazy Side
8. Skit
9. Don't Give A Fuck
10. Don't Fuck With This
11. Fuck 'Em
12. R.I.P.
13. Outro

    Big Spider to jeden z tych latynoskich gangsterów z LA, a dokładniej z Pacoima, dzielnicy meksykańskiej biedoty, gdzie niecałe 5% ludzi kończy szkołę średnią. Nie może zatem dziwić styl i tematyka Spidera. Nie jestem pewien, czy wydał on coś więcej - nawet nie jestem pewny, czy koleś jeszcze żyje, wydaje mi się, że  nie. Mam tylko ten jeden album i nie widziałem w życiu innego.
    Muzykę na całą płytę zrobił niejaki Jim Davis. Biorąc pod uwagę, że robił to dla latynoskich bandziorów i że pochodzi z LA, to muzyka jest właśnie taka, jak on: mocny g-funk, oparty na samplach z często bardzo znanych kawałków klasyki gatunku. Poza tym, brzmią talk boxy w refrenach, słychać wyraźnie fascynację dokonaniami Rogera Troutmana i grupy Zapp. Bo nawet kiedy bit jest oszczędniejszy, wchodzą brzęczące basy i piszczały, wszystko czerpane ze spuścizny po elektro funku. To żadna wirtuozeria, bo są to całkiem prosto robione podkłady: perkusja, sample (jeden lub więcej), piszczały i mamy g-funkowy kawałek. Jednakowoż, muzyka i tak jest najlepszą rzeczą na tej płycie, nawet jeśli da się tu usłyszeć ewidentne zrzynki, jak np. 'RIP', które jest żywcem ściągnięte z '6 feet deep' od Geto Boys.
    Big Spider, choć to jego imieniem sygnowany jest album, to tylko jeden z rapperów, którzy się tu udzielają. Ba, nawet ciężko się zorientować, kto jest kim, bo na albumie dość regularnie rymuje co najmniej 6-7 rapperów: Mr. D, Shady, Kryptonite, Sniper, Yogi, Crook, Illusion i pewnie kilku innych nołnejmów. Co gorsza, większość kompletnie nie potrafi tego robić i gubi się niemiłosiernie, męcząc nie tylko siebie, ale i słuchacza. Nawet nie wiem, którym z nich jest Big Spider... Nie jest to w sumie istotne, kiedy 8 na 10 rapperów, występujących na albumie zwyczajnie nie wie, jak rapować... Tu chodzi generalnie o to, żeby w swojej zwrotce zawrzeć jak najwięcej bluzgów, strzałów, przerobić słowo gangsta na jak najwięcej sposobów i nie zapomnieć o reprezentowaniu swojej dzielni.
    Gdyby nie muzyka, zrobiona na kanwie funkowych sztosów, nie dałoby się w ogóle tego słuchać. Gangsterskie pierdoły w fatalnym stylu, rapowane przez kolesi, którzy często robili to po raz pierwszy, a i tak wkrótce umarli    w któryś z opisywanych na płycie sposobów. Muzyka może przekonać fanów starego g-funku, ale nie trzeba znać angielskiego, czy hiszpańskiego, żeby usłyszeć totalny brak skillsów w 80% zwrotek.

OCENA: 2-\6


wtorek, 25 lutego 2014

THE COMPLEX CATALOG - MR. COMPLEX

Core 2000

1. Intro
2. Radio Beginning
3. Against the Grain
4. Feel Me
5. Break Skit
6. I'm Rhymin'
7. Break Skit
8. Relax
9. Visualize
10. Why Don't Cha    feat. PHAROAHE MONCH
11. Don't You Agree
12. Break Skit
13. Take You Away
14. I'ma Kill It
15. Big Fronter
16. I Think I Wanna Sing
17. Divine Intervention
18. Visualize Remix
19. Break Skit
20. Stabbin' You
21. Stabbin You Remix
22. C.O.R.E. Mix

    Pierwsza płyta Mr. Complexa to po prostu zbieranina jego starych numerów, dzięki którym został zauważony i jego płyty zaczęły wydostawać się na światło dzienne. To zebrane traki z lat 1994-1999, które składają się w 'Kompleksowy Katalog' nagrań rappera. Nagrań, dodać trzeba solowych, bo przecież Complex jest jednym z czterech emce składu Polyrhythm Addicts. 
    Te wszystkie single, pojedyncze traki, składankowe i mikstejpowe utwory i Bóg wie, co jeszcze, wyprodukowane zostały przez całą masę osób, i to wcale nie słabą. Mamy tu podkłady od Prince Po i od Pharoahe Monch z Organized Konfusion , jest DJ Spinna (genialny 'Relax'), są również mniej znani Lee Stone, Casper, czy Beyond There i C. Jarvis. Mniej znani, nie musi oznaczać wcale słabości, bo taki Lee Stone robi bity dla De La Soul, Screwball, Pharoahe Monch, Method man, czy Scarface. To rzeczywista, podziemna jazda, z surowymi bitami i pętlami z sampli. Perkusje robią bum-klap-bubumbum-klap, sample z różności funkowo-soulowych powodują kiwanie głową i jest to bardzo konkretny podziemny, nowojorski rap, często wspierany przez skrecze takich drapaczy, jak DJ KO, DJ Crossphada, DJ Kam i Tony Vegas ze Scratch Perverts. Jasne, nie wszystkie podkłady bujają w równiej mierze, bo trafiają się tu marniejsze momenty, jak choćby podkład Moncha do 'I'm rhymin', ale ogólnie to killer.
    Complex jest tak złożony, jak jego ksywka. Nie dość, że zajmuje się tysiącem rzeczy w tak zwanym szoł byznesie, to jeszcze jest naprawdę dobrym rapperem. Ma niezły głos i flow, które rzeczywiście płynie po tych bumbapach. Kto siedzi w rapie jakiś czas, na pewno kojarzy 'Visualise', wyborny 'Why don't cha', czy bragga killer 'I'ma kill it', wchodzący w rapgrę jak nóż w masełko. w ogóle teksty Complexa oscylują wciąż wokół pracy na majku i byciu szczerym, prawdziwym i zajebistym - ale Complex może sobie pozwalać, bo ma te skillsy i pisze niezłe wersy. Sprawdź kolesia: 'Ask Moulder and Skully from the X-Files \ Those wild-asses broke into my crib, lookin for clues \ Went through my rhyme books, I thought they were crooks \ So I beat 'em like they stole somethin \ I'm tired of shit - I told 'em for the umpteenth time \ You can't battle me with my own rhyme \ He said "Yo ya rhymes just so phat!". I tak jest cały czas - teorie spiskowe, dialogi z wyimaginowanymi adwersarzami, nadprzyrodzone moce - to wszystko to nie jest pierwsze lepsze bragga, bo Complex wynosi sztukę składania rymów na wyższy poziom. A nawet wiele poziomów. Prawie żadni goście - tylko w tle i refrenach - i to też nie przeszkadza. Złożona historia.
    Debiut Complex'a zachwycił słuchaczy podziemnego, niezależnego rapu. Jest tu czego posłuchać, kilka sporych hitów, obecnych na mixtejpach najlepszych djów, trochę powerplay'ów z nowojorskich rozgłośni... Doskonała porcja rapu, świetny odświeżacz.

OCENA: 5\6 


sobota, 15 lutego 2014

SHYNE - SHYNE

Bad Boy 2000

1. Dear America (Intro) 
2. What'cha Gonna Do?
3. Bang
4. Bad Boyz    feat. BARRINGTON LEVY
5. Let Me See Your Hands
6. Gangsta Prayer (Interlude) 
7. The Life
8. It's OK
9. Niggas Gonna Die
10. Everyday (Interlude) 
11. Bonnie and Shyne   feat. BARRINGTON LEVY
12. The Hit
13. That's Gangsta
14. Spend Some Cheese
15. Get Out   feat. SLIM of 112
16. Commission

    Kiedy Puff Daddy wylansował Shyne'a, wiele osób wróżyło mu objęcie spuścizny po zastrzelonym niedawno Biggim. Niestety, ten charakterystyczny i niewątpliwie utalentowany rapper został uznany winnym próby zabójstwa podczas strzelaniny w klubie i osadzony w więzieniu na 10 lat. Jego ojciec, premier niewielkiego kraju Belize, musiał się mocno spocić, choć to nie wpłynęło na jego karierę polityczną. Rodzina Shyne mieszka nadal w stolicy Belize, skąd chłopak wyjechał w weiku lat 13, aby podbić Brooklyn.
    To przecież Sean "P. Diddy" Combs jest głównym producentem, ale nie brzmi to zbyt komercyjnie. Puff Daddy zapragnął robić też coś dla ulic, a Shyne wydawał się idealnym kandydatem na idola dzieciaków na rogu ulicy. Combs zatrudnił (a miał za co!) takie gwiazdy, jak Mario Winans, Yogi (to ten z CRU), DJ S&S, Nashiem Myrick, Chucky Thompson, Prestige, The Neptunes, EZ Elpee... To w większości bardzo klasyczne podkłady, z samplami z takich wykonawców, jak Luther Ingram, Grace Jones i Eddie Kendricks. Niektóre są nieco lżejsze (choćby pozornie, jak 'Bang' od Yogi'ego) i bardziej radiowe, np. 'Let me see your hands' od DJ S&S albo nieco tandetne 'It's OK' Mario Winansa. Jednak największe wrażenie robią te podkłady, które wprowadzają klimat zagrożenia, są niebezpieczne i bangerowe. Absolutne killery to 'What'cha gonna do?' od Dee Trotmana, obezwładniający 'Bad Boyz' EZ Elpee, czy 'That's gangsta' Winansa, opartego na tym samym motywie, co klasyk DOC, 'Funky enough'. Muzyka nie zawsze spełnia swoją rolę, niestety wpadło tu kilka kawałków obliczonych na radio play, ale i tak to porządny kawał muzy.  
    Głęboki i charakterystyczny głos Shyne przykuł uwagę producenta Clark Kent'a, kiedy chłopak popisywał się freetylami, siedząc u fryzjera. Z miejsca obsypano go złotem i zaproponowano 5 kolejnych albumów, na co Shyne naturalnie przystał. Jego głos, dość podobny do głosu Biggiego, teksty pełne ulicznych historii z NY, niewątpliwie inspirowanych nieco życiem w Belize, utorowały mu drogę do platyny. 'Who's the best emcee? Biggie, Jay Z and Shyne' - to wersy z pierwszego traka płyty, ale potem jest tylko bardziej twardo i hardo: 'Bullets heat-seekin, streep sweepin, with an evil grin \ Watch you die, one love, one life, one Shyne \ Y'all niggas ain't sayin nothin, like a mime \ Every line, I live it, I write it with a pencil so niggas die'. Shyne ma wystarczająco dużo skillsów i charyzmy, żeby zrobić cały album, a niewielkie występy gościnne dodają tylko pieprzu nagraniom. Doskonały Barrington Levy rozwalił system w wybitnym kawałku 'Bad Boyz', ale i w 'Bonnie & Shyne' brzmi świetnie. Drugim gościem jest piosenkarz Slim z grupy 112, wyjący refreny.
    Shyne wystrzelił tą płytą, narobił szumu, zdobył platynę i... trafił do więzienia. Po wyjściu jest zupełnie innym człowiekiem, chodzi ubrany jak rabin, ale ten album to klasyka, według mnie to jeden z najlepszych krążków w 2000 roku. Kilka kawałków może nie powinno się tu znaleźć, ale nic to. Świetny emce, to świetna płyta.

OCENA: 5-\6 


poniedziałek, 23 grudnia 2013

CARPAL TUNNEL SYNDROME - KID KOALA

Ninja Tune 2000

1. Strut Hear
2. Nerdball
3. Fender Bender
4. Drunk Trumpet
5. Roboshuffle
6. Barhopper 1
7. Music For Morning People
8. Naptime
9. A Night At The Nufonia
10. Temple Of Gloom
11. Scurvy
12. Like Irregular Chickens
13. Barhopper 2
14. Roll Credits

    Kid Koala to kanadyjski dj, turntablista i producent - jeden z najlepszych na świecie. 'Carpal Tunnel Syndrome' to jego pierwszy oficjalny, ale tak naprawdę drugi album, który ustawił twórcę na tej półce, którą zajmuje do dziś - w sumie jedną z najwyższych możliwych. Już samo wydanie albumu, w kartonie odręcznie rysowanym, z dołączonym komiksem o przygodzie DJa zmniejszonego i wsadzonego do pudełka płatków kukurydzianych, z których się wreszcie wydostaje i walczy o swoje.
    Nie znajdziesz tu rymów, tylko wędrówkę dja przez dźwięki, a wszystko nagrane przy pomocy trzech urządzeń: dwóch adapterów i miksera. Koala pozbierał płyty, które lubi i powyciągał z nich duszę, przetrawił w swoich trzewiach i wypuścił w postaci 38-minutowej uczty dźwiękowej. Mamy tu jazzowe feelingi, mamy tu naprawdę pijaną trąbkę w 'Drunk trumpet', Koala miesza Stevie Wondera z Kraftwerkiem, skreczuje na różnych abstrakcyjnych dialogach, które poskładane dość specyficznie, wywołują uśmiech. Przeskakujemy od jazzu w 'Drunk trumpet' do technologicznego 'Roboshuffle' jednym, krótkim skokiem, by zaraz 'Naptime' ułagodziło nas iście hawajską gitarką i rozkiwało nasze głowy murmurando z 'A Night At The Nufonia'.
    To pełne dowcipu i fantazji nagrania, zaskakujące brzmienia i rozwiązania. Koala pokazuje, jak wielka jest jego wyobraźnia, wyczucie rytmu i muzyki. Łączy jazzowe trąbki w gdakanie dzikiej kury, dialogi, pochodzące z różnych płyt układa w rozmowy zupełnie od czapy, ale wywołuje to uśmiech. Zadziwiająca, ambitna i pozytywna płyta, dla spragnionych prawdziwego hip hopu - wprawdzie bez wersów, ale za to szczerego.

OCENA: 5-\6


środa, 13 listopada 2013

MO THUGS III. THE MOTHERSHIP

Mo Thugs 2000

1. Who Forgot About It - DESPERIDOS
2. Seldom Seen - SELDOM SEEN, LAYZIE BONE, TN TEE
3. Last Laugh - FREAKY G, EMMORTAL THUGS
4. The Backyard - JEREMY, LAYZIE BONE
5. Gunline - DESPERIDOS, BLACK HOLE
6. Wanna Be Ballers - POTION
7. It Don't Stop - KEN DAWG
8. U Don't Want None - EMMORTAL THUGS, FREAKY G, CAPONE
9. This Ain't Livin' - LAYZIE BONE, FELECIA
10. Did He Really Wanna - DESPERIDOS
11. Total Kaos - DESPERIDOS
12. Tighten Up Your Operation - DESPERIDOS
13. Down From The Start - BLACK HOLE
14. 2 The Playaz - SKANT, FELECIA
15. If I Can Go Back - FLESH-N-BONE
16. Everything Green - LAYZIE BONE

    Trzecia część składanek sygnowanych Mo Thugs pokazała, że w BTNH nie dzieje się dobrze. Na pokładzie pozostał tylko Layzie Bone, bo drugi współzałożyciel wytwórni, Krayzie Bone, nie chciał brać udziału w przedsięwzięciu. I choć album nie odniósł już takiego sukcesu, jak dwa pierwsze, to i tak stanowił niezłą okazję do wypromowania nowych (i starych) artystów z Cleveland.
    Na produkcji mamy osoby znane już z poprzednich płyt, jak i nowe w projekcie. Są to Mike Smoov (znany z hitów r&b K-Ci & JoJo), Darren Vegas (współpracujący z Crooked I), Rich E, Thin C i Damond Elliott. W zasadzie, jeśli ktoś ogarnia nagrania Bone Thugs & Harmony, to jest dokładnie ten właśnie klimat. Szybkie perkusje z połamanym tempem, na syntetycznych dźwiękach z elektronicznych klawiszy. Nawet kawałki r&b są szybkie, a rapowane potrafią być wolne, ale to nie perkusja nadaje tu tempo, tylko muzyka, bo bity są tak, czy owak szybkie lub bardzo szybkie. Nieco funkowych klimatów, nieco typowego dla Cleveland brzmienia agresywnego, czasami opartego na motywach, mających wywoływać dreszcze strachu.
    BTNH wyszkoliła całą rzeszę wokalistów i rapperów i teraz mamy dziesiątki emce, którzy rymują dokładnie tak samo, jak mentorzy. Czyli w każdym kawałku, obojętne, czy jest tam Layzie, czy Ken Dawg, czy Skant, czy Desperidos - każdy z nich jedzie bardzo podobnym flow: przyspiesza, zwalnia, podśpiewuje, zmienia wciąż tempo. W zasadzie ciężko znaleźć odstępstwa od tej zasady w którym kolwiek z kawałków. W dodatku każdy z traków dedykowany jest życiu gangstera na ulicach Cleveland i o ile czasem brzmi to naprawdę dobrze, niczym z thrillera sensacyjnego, to np. w wypadku Jeremy'ego, małego synka Layzie'go (no, z 10 lat pewnie miał, może nieco więcej), rymowanie o jaraniu i zabijaniu czarnuchów brzmi po prostu koszmarnie. Znalazło się tu kilka hitów, jak 'Tighten Up Your Operation', czy 'Who Forgot About It', kilka niezgorszych traków, ale w zasadzie wszystko jest takie samo. Może inaczej - w tym samym stylu, co przy składance niekoniecznie musi oznaczać zaletę.
    Taka typowa zbieranina kawałków od wykonawców tego samego stylu - przeznaczona w zasadzie dla fanów. O ile część pierwsza była sukcesem, bo szła na fali zachłystnięcia się samym BTNH, to każde kolejne składanki Mo Thugs odnosiły mniejsze sukcesy. Jest parę fajnych kawałków, większość zwyczajnych. Może być, dupy nie urywa.

OCENA: 3\6


piątek, 18 października 2013

THIS IS NOT AN EXCERSISE - NON-PHIXION

bootleg 2000

1. 14 years of rap   feat. ARSONISTS
2. Legacy
3. Black Helicoptors 
4. I Shot Reagan 
5. Promo WKCR
6. This Is Not An Excersise
7. 5 Boros (Remix) feat. DV ALIAS KHRIST 
8. Refuse to Lose 
9. No Tomorrow 
10. Thug Tunin 
11. 4 Ws 
12. End of the World
13. Sleepwalkers
14. They got... 
15. 5 Boros    feat. DV ALIAS KHRIST 
16. 2004   feat. OBSCURE DISORDER

    Non-Phixion to hardkorowa grupa, złożona z legend prawdziwego rapu z NY: Ill Bill, MC Serch'a, Goretex, Sabac Red oraz DJ Eclipse. To jedna z nielicznych białych grup rapowych, które mają olbrzymi szacunek na scenie. Ten nielegal to zebrane single i nagrania grupy z lat '90, którymi debiutowali dla szerszej publiki, zanim jeszcze wyszedł ich pełnoprawny debiut.
    Non-Phixion związani są mocno z całym tym białym, nowojorskim horrorcore'owym 'podziemiem', dlatego nic dziwnego, że producentami, którzy robili dla nich te bity są Necro, Ce Style, 10K, Goretex i Uncle Howie. Większość stworzyła potem Psychological Records, wydającą do dziś ich płyty. Ale póki co, te kawałki to zbieranina traków z lat '90 i nie ma tu jeszcze wykształconego konkretnego stylu, znanego z późniejszych płyt. Teraz to konkretne bity, typowe dla Złotej Ery - owszem, z tych cięższych, bo nie znajdziemy tu żadnych produkcji z panienkami na refrenie, ani żadnych lovers rap. Tylko twarde podkłady, oparte na samplach - czasem oszczędne, czasem atakujące uszy kaskadami dźwięków, ale tkwiące jak najsilniej w tradycji dekady. Słychać tu już jednak fascynację klimatem rodem z thrillerów i horrorów, bo bity do najlżejszych nie należą.
    Tak samo, zresztą, jak teksty. Pełne przemocy wersy, zarówno te bragga, jak i społecznie zaangażowane i te horrorowe opowiastki, są wyznacznikiem każdego z emce. Odgrażają się, że zamordują Reagana: 'We burn the fuckin flag \ I shot the Devil down like we in Baghdad \ His wife's the hostage \ Her bodyparts up in a grab bag \ Now watch the gun blast, holdin your chest, marked for death \ The President's been shot, somebody notify the press'. Rozprawiają się z rządem: 'We know about the plan to fill the projects with contraband \ Drop bombs on Brazil so you can kill and conquer land \ You drug trafficking your new creation for disease \ To control the population in the States and overseas \ To put poison in the weed and the milk we feed our seeds'. Ale także gniotą tę badziewną scenę sprzedawczyków i opowiadają o swoim mieście w '5 boros', gdzie refren daje DV Alias Khrist, koleś o niezapomnianym i charakterystycznym głosie. Oprócz niego, mamy jeszcze Arsonists w otwierającym album '14 years of rap' oraz kanadyjski zespół DJ Eclipse, Obscure Disorder. Cała płyta to nieustający atak werbalny, ciągła agresja i walka, jednak jest to ubrane w słowa, które dają wiele do myślenia - chociaż czasem projekcje, jakie wywołują, są niezwykle obrazoburcze.
    Wprawdzie ta płyta nie wyszła nigdy oficjalnie i jest to tylko kompilacja, dostępna do ściągnięcia z wielu portali, ale warto ją mieć, bo jest to zbiór niedostępnych nigdzie więcej (poza singlami i poszczególnymi płytami) kawałków, w tym tak znanych, jak 'Blacj Helicopter', 'I shot Raegan', czy '5 boros'. Świetny zbiór niekomercyjnych i bezkompromisowych traków, które powinien znać każdy fan prawdziwego rapu. 

OCENA: 5-\6


poniedziałek, 5 sierpnia 2013

HOT GIRLS 4 LIFE - H.O.T.

EZ Money 2000

1. 25 Years      
2. It Ain't Happening    
3. In The Club    
4. Too Sexy          
5. Man Eater         
6. Hot Hot Hot          
7. Hot Girls Said         
8. Hatin On Me          
9. Comin Wit It          
10. Curious Girl          
11. EZ Money     
12. Girls Got Guns      
13. The Whistle Song

    Ostatnio sporo było o klasycznym, podziemnym rapie, to pora to zmienić - przenosimy się na południe USA, aby poobcować nieco z niesfornymi panienkami z Hoes On Top - swoją drogą, nazwa równie idiotyczna, co okładka od Pen'n'Pixel... Ale nie zawsze idzie ta głupota w parze z muzyką. HOT to dwie panny - jedna o korzeniach stricte afrykańskich, druga o proweniencji afrykańsko-włoskiej.
    Całość płyty wyprodukował Danny D, typowy producent dla nowoczesnego  brzmienia z Florydy. Bity to dość mało skomplikowana porcja cykających bitów, syntetycznych klawiszy i sampli. Na pewno będzie się to podobało fanom muzyki południowej, takiej baunsującej. Nie ma zwalniaczy, nie ma pościelówek, tylko jazda zdecydowanie do klubów. Nawet, jeśli dziewczyny biorą na warsztat jakiś znany hit, Danny D stara się, aby nie było to prostackie przejęcie melodii i patentu. Z producentem współpracuje DJ Crash, nakręcają oni imprezę, która trwa przez praktycznie całe 50 minut trwania płyty. Energiczna, południowa jazda prosto z Miami. Daje radę.
    Spice i Sun Shine mają miłe głosy, co więcej, umieją rymować i mają przyjemne flow. Potrafią nie tylko zanucić, ale i zaśpiewać, po czym płynnie przejść do rymu. Technicznie nie ma im czego zarzucić. Nawet nieźle się ich słucha. Gorzej, kiedy zaczniesz wkręcać się w teksty. O ile trzymają się konwencji imprezowej, gadają, że są najbardziej 'hot' laskami w klubie i pierdol się czarnuchu, bo nie dam ci dupy, to jest ok. Gorzej, gdy przechodzą do gangsterskiego bragga przy '25 years', czy 'Girls got guns'. Żenująco to wychodzi, bo widać wyraźnie, że to fejk. Mamy tu również dwa kawałki, które są wariacjami w temacie oryginałów: 'Too sexy' z pomysłem zaczerpniętym od Right Said Fred oraz przeróbka Nelly Furtado, 'Man eater', który akurat nie wypadł źle. Byłoby więc nieźle, gdyby nie gangsterskie wycieczki dziewczyn, bo nawet kiedy mówią o seksie, nie przekraczają granic dobrego smaku - no, może poza 'Curious girl'.
    Z tego, co się orientuję, to jedyna płyta duetu. I wytwórnia raczej słaba, i płyta przepadła w zalewie tysięcy podobnych płyt roku 2000 i to nie tylko na Florydzie. Owszem, panny mają niezły flow, muzyka jest nie najgorsza, pod warunkiem, że lubisz ten typ rapu. Ale to tyle. Może być, zwłaszcza na imprezę albo do pracy, jako niewymagający podkład, brzęczący w tle - energiczne, konkretne.

OCENA: 3\6

DO POSŁUCHANIA

sobota, 3 sierpnia 2013

THE BEAT SUITE - DJ SPINNA

Urban Theory 2000

CD 1
1. Lyrical Fluctuation 2000 - JIGMASTAS feat. MOS DEF, MR. COMPLEX, PHAROAHE MONCH, SHABBAM SAHDEEQ, TALIB KWELI
2. 3ree6ix5ive - OLD WORLD DISORDER feat. EMINEM
3. These Things You Say - SCHOOLZ OF THOUGHT  feat. ARLYNN PAGE
4. Scott Steinway Trio - 88 KEYS
5. Take A Look - DOME CRACKERS  feat. GRAP LUVA, JOC MAX   
6. Necessity - SHADOWMAN
7. Rationalize - SCHOOLZ OF THOUGHT  feat. RAHANI SAYEED
8. Speed - DJ SPINNA
9. Across The Globe - JAY I GEES
10. Mistral - JAHBAZ
11. Speaking Real Words - 7L & ESOTERIC  feat. INSPECTAH DECK
12. Precision - KING SIZE
13. Prepare - SWAMBURGER & BMF
14. Dirty Jungle - JAHBAZ           

CD 2
1. Spinna's Beat Suite Mix

    DJ Spinna to jeden z najbardziej szanowanych DJów i producentów na obecnej scenie prezentującej ten 'prawdziwy rap'. 'The Beat Suite' nie jest jego albumem producenckim, a raczej próbą pokazania najciekawszych singli z danego okresu i pokazem jego DJ-skich umiejętności. To kompilacja, składająca się z dwóch płyt - na pierwszej jest 14 kawałków, które trzęsły nowojorskim podziemiem w 2000, a na drugiej Spinna utworzył z tych traków mikstejp, własnoręcznie zmiksowany.
    Płytę otwiera przebojowy singiel grupy DJ Spinn'y, Jigmastas, tym razem w remiksie z oszałamiającą obsadą. Drugi trak to znowu Spinna: genialny kawałek z gościnnym występem Eminema i odurzającym podkładem Spinny. Dalej mamy Schoolz Of Thought ze świetną soulową partią Ms Page. Potem producencki trak 88-Keys i wchodzi jeden z nieco słabszych kawałków tutaj, 'Take a look' - a określenie 'słabszy tutaj' i tak znaczy całkiem niezły... tym bardziej, że Spinna rzadko popełnia babole na produkcji. W kawałku Shadowman'a Spinna odzyskuje rezon i znowu mamy kawałek, który buja głową, a zaraz za nim nastepuje naznaczony ręką ?estlove z The Roots kolejny trak od Schoolz Of Thought. Połowę albumu wyznacza nam producencki kawałek Spinny, gdzie możemy sprawdzić jego skillsy za konsoletą - w razie gdyby ktoś miał jakiekolwiek wątpliwości... Tym bardziej, że zaraz za 'Speed' wchodzi Jay I Gees na rewelacyjnym podkładzie od Spinny, ze swoim hitem 'Across the globe'. Jahbaz rymuje na bicie od utalentowanej panny, Angeli Johnson; oboje razem dali bardzo przyjemny, wyluzowany kawałek. Następny jest kompletny banger, 7L, Esoteric i legenda Wu Tang, Rebel Ins aka Inspectah Deck w świetnym, klasycznym już kawałku 'Speaking Real Words', znanym z epki duetu 7L & Esoteric o tym samym tytule. Potem kolejny producencki kawałek, zrobiony przez King Size - trzeba przyznać, że jeden z lepszych podkładów na składance. Potem, na bicie od BMF, mamy całkiem niezły trak bragga, a płytę kończy bitem od Ticklah, znany już Jahbaz.
    No a drugi krążek to dokładnie to samo, tylko wszystkie kawałki zmiksowane są w 40-minutową całość. Przyznać trzeba, że Spinna dobrał bardzo dobrze kawałki, nie tylko swojej roboty, ale i zaprzyjaźnionych zawodników. Spędzamy tu bardzo dobre 53 minuty (lub 40 na mikstejpie), których żałować nie trzeba. Część kawałków znamy z płyt wykonawców, część nie... Wszystko jest super.

OCENA: 5\6


czwartek, 1 sierpnia 2013

SELF PRESERVATION - ENCORE

75 Ark 2000

1. The Bio
2. For You
3. Esoteric (Exec Anthem)   feat. DAVE DUB
4. Love & Hate
5. Considadis   feat. GRAND THE VISITOR
6. .084
7. The View    feat. KEDAR
8. E.T.    feat. HOLEKOST, TURBIN
9. Sporadic
10. The Situation     feat. PEP LOVE
11. Live From S.F.
12. Takin’ It
13. Self Preservation    feat. THE BISHOP
14. It’s Going Down

    Czegóż to Encore się nie imał w swojej karierze hip hopowca? Tańczył breka, malował grafiti, był DJem, aż wreszcie stanął za majkiem. Pojawiał się tu i tam, m.in. na Handsome Boy Modelling School, aż wreszcie wyszedł na szerokie wody ze swoim debiutanckim albumem solowym.
    Architect, główny producent, to facet, z którym skumał się Encore już po wyjściu z wojska, kiedy zajął się rapem na poważnie. Dwoma podkładami płytę uzupełnili wielce szanowani w zachodnim podziemiu Joey Chavez i Evidence z Dilated Peoples. Dzięki czemu dostajemy pełno soczystych bitów, ze wspaniale pociętymi samplami, jak np. świetny podkład do 'Love & hate' z absolutnym loopem z pianina, czy wspaniały 'It's going down'. Zresztą, każdy bit tutaj to bez mała majstersztyk - w sumie nic odkrywczego, ale słuchasz tej muzyki z dużą satysfakcją i przyjemnością, bo te podkłady są po prostu świetne i bujają głową jak rzadko. Nie do bujania jest tylko ciężki kawałek tytułowy, gdzie Encore się wywnętrza, deklamując na podkładzie zrobionym z jednego klawisza pianina i pojedynczego werbla. Do tego naprawdę dobre skrecze od samego mistrza, DJ Babu.  
    Encore ma świetny głos i perfekcyjne flow. Jeśli dodamy do tego inteligentne teksty, to mamy emce kompletnego. Encore potrafi prowadzić ciekawe dysputy na głębokie tematy, mocno podszyte islamem, ale z drugiej strony umie skonstruować coś łatwego, na potrzeby lekkiego kawałka. U niego liczą się słowa, dlatego waży słowa. Opowiada o swoich przeżyciach z policją, które umocniły jego wiarę w Allaha, o życiu, walce i społeczeństwie. Choć oczywiście nie brak bragga i pokazu swoich umiejętności. Naturalnym posunięciem było zaproszenie jako gości kumpli z zespołu The Executive Lounge: Dave Dub obdarzony niskim głosem i słabszym stylem, a Holekost i Turbin dali porządne występy w 'E.T.'. Grand The Visitor z The Homeliss Derilex ma słaby głos, ale flow i wersy przednie. Pep Love z Hieroglyphics, jak to sam określił, wraz z Encore'm dali 'killa collaboration', choć mam wrażenie, że refren jest wtórny... Choć oczywiście to celowy zabieg.
    'Self Preservation' to jedna z ciekawszych płyt 2000 roku. Brak tu słabego kawałka, każdy potrafi się spodobać, klimat kalifornijskiego podziemia doprowadzony jest tu do perfekcji. Bardzo porządny album, warty sprawdzenia przez każdego fana hip hopu.

OCENA: 5+\6


czwartek, 2 maja 2013

CITY UNDER SIEGE - E.S.G.

Wreckshop 2000

1. Intro
2. Ride Out    feat. BIG POKEY, TYTE EYEZ
3. Luv It How You Get It   feat. TOO $HORT
4. Drop Yo Top    feat. BIG MOE
5. Boss Hawggin'    feat. D-GOTTI
6. Grippin' Grain    feat. SLIM THUG, DESHAWN HILL
7. Money & Power    feat. LIL O, WILEEN, RONNIE SPENCER
8. First Brick  
9. City Under Siege    feat. NUTTY BLOCK
10. Good Life   feat. RONNIE SPENCER
11. Billion Dollar Deal   feat. JAINEA
12. Ballin' Outta Control    feat. D-GOTTI, KANO, LIL RED
13. Keep On Grindin'    feat. RONNIE SPENCER
14. Trickin' Off Doe    feat. DIRTY DOLLAR, J-MAC, MISTA MADD, TYTE EYEZ
15. Super Star    feat. DEVIN, DOUBLE D
16. What's In Yo Cup    feat. D-RECK, DIRTY DOLLAR, LIL SHAE, BIG MOE
17. Fix Yo Face    feat. D-RECK
18. Thugs In Heaven    feat. D-GOTTI, D-RECK, NOKE D

    Everyday Street Gangsta to prawdziwy zbój, wszak parę lat spędził w pierdlu za zabójstwo. Na swoim koncie ma jednak już 15 albumów, z czego piąty mamy właśnie przed sobą. A pomijam albumy nagrane wspólnie z kimś. To ten właśnie facet odpowiedzialny jest za wprowadzenie na rynek wersji chopped & screwed, zresztą, jest to już chyba ikona rapu z Houston na równi ze Scarface'm - choć naturalnie ESG jest mniej znany niż Scar.
    Całość płyty wyprodukowana została przez kolesia z Wreckshop Records, który na płycie pojawia się jako Noke D. Wspomaga go Platinum Soul Productions, w osobie Double D, tak samo związanego z labelem. Poza tym za konsoletą mamy tu Blue, K-Red i Lil James'a - wszystkich mniej więcej z tego samego worka. Dlatego łatwo jest przewidzieć styl muzyczny. Setki hajhetów, motywy grane na klawiszach, funkujące zaśpiewy... Typowo południowo-zachodni styl. Niektóre traki są luzackie i bujające, część ma być tłem dla kryminalnych opowieści, więc powinna wywoływać dreszcze - takich kawałków jest jednak znacznie mniej, rzec by można wręcz, że są sporadyczne.
    Można by się spodziewać, że morderca na mikrofonie (dosłownie!) będzie gadał głównie o zabijaniu ludzi. Ale wcale nie. E.S.G. zajmuje się przede wszystkim tematyką imprezową, pieniędzmi, kobietkami różnego autoramentu i marzeniami chłopaka z getta o dobrym życiu. Może nie jest to poezja najwyższych lotów, ale teksty są znośne, a flow sympatycznie modulowany, nawet jeśli głos może wydawać się ciut za wysoki. Żeby nie było nudno, E.S.G. zaprosił cały pakiet gości, głównie ze swojej okolicy. Oprócz tych topowych rapperów, jak Too $hort, Slim Thug, czy Devin The Dude, znajdziemy tu całą garść lokalnych wykonawców, znanych głównie fanom rapu z południa. Do tego kilka śpiewających, świetnych głosów, jak Ronnie Spencer, czy Deshawn Hill.  
    Cała płyta brzmi wystarczająco różnorodnie, żeby nie zanudzić, ale i wystarczająco spójnie, żeby nie drażniła. Wiele osób mówi, że to najlepszy krążek od ESG - całkiem możliwe. Słucha się tego przyjemnie i jeśli ktoś lubi te klimaty, będzie zadowolony. Podziemni gracze raczej skorzy byliby napluć i przydepnąć... Ja lubię.

OCENA: 4+\6


wtorek, 30 kwietnia 2013

HOW LONG - LV

Relativity 2000

1. Intro
2. How Long   feat. SHARI WATSON
3. One Chance
4. Forgive Me Girl
5. Hustlers 4 Life (Interlude)
6. Everyday Hustler   feat. RAEKWON
7. Come Home With Me
8. Hold On
9. Woman's Gotta Have It
10. Thinking Of You
11. The Testimony (Interlude)
12. Rain     feat. 5 YOUNG MEN
13. Lady Sunshine
14. I Don't Know Why
15. Wherever You Are
16. Outro

    Z L.V. jest podobny kłopot, jak z Nate Dogg'iem: żaden z nich rapper, ale uparcie ich płyty lądują na półkach z napisem rap & hip hop, w różnych zestawieniach włącza się ich pod rap, w rapowych magazynach pisze recenzje... Pewnie dlatego, że obaj często są gośćmi na płytach rapowych... W przypadku L.V. dochodzi jeszcze kolosalny hit z Coolio - 'Gangsta's Paradise', dzięki któremu, nawet jeśli nie kojarzysz ksywy, znasz jego głos. Przed sobą mamy jego drugi solowy album (pomijam ten wspólny z South Central Cartel), który nieco niesiony sukcesem 'Gangstas Paradise', wylądował dość wysoko na notowaniach Billboardu.
    Płyta zapewne odniosła sukces nie tylko przez kawałek z Cooliem, wydany 5 lat wcześniej - jest po prostu dobra, bo produkcja jest zrobiona przez osoby, które znają się na r&b i rapie. Weźmy Mario Winans'a, którego lista hitów jest bardzo długa, ale jest też Billy Moss (współpraca z Adiną Howard, Mark Morrison), Darryl Young (kawałki dla Boyz II Men, Smooth, Az Yet, Case), Marc Gordon (założyciel legendarnej grupy Levert), Alex Cantrall (współpraca z Imajin, Jamelia, Pras, Dru Hill) oraz mniej znani Steven Russell, Marc Kinchen, James Broadway, The Characters, czy Myron. Jeden kawałek zrobił sam LV. Dzięki takiej produkcji, mamy tu muzę, która, choć nie jest przebojowa sama w sobie, doskonale zaś nakręca album, bo są tu kawałki szybsze i wolniejsze, nawet stricte rapowe (jak ten z Raekwonem). Do tego, sporo partii instrumentalnych granych jest na żywych instrumentach. Taki romantyczny g-funk.
    Baryton LV jest łatwy do rozpoznania i oznacza, że facet ma swoje miejsce na scenie. Zresztą, jest chętnie zapraszany do różnych rapowych kawałków, przede wszystkim na Zachodnim wybrzeżu. Wspominałem o g-funku nie bez powodu, bo przecież LV, jeśli już mówi o życiu ulicznym i hustlerce, to wie, o czym gada, bo przecież spędził dwa lata na rekonwalescencji po strzelaninie w LA... Ale głównym tematem piosenek są damsko-męskie sprawy, które zainteresują głownie kobiety, bo w sumie, dla faceta jest tu tylko jedna piosenka - 'Everyday Hustler' ze świetnym (choć nieco bezsensownym) wejściem Raekwona. Nie ma tu więc hitów na miarę 'Gangsta's Paradise', ale jest singlowy 'How long', który jest bardzo przyjemnym kawałkiem.
    Fani czystego hip hopu nie znajdą tu nic dla siebie. LV śpiewa, jest mało wejść z rapem, płyta jest nieco rozlazła, zwłaszcza może dłużyć się pod koniec, ale faktem jest, że jeśli ktoś lubi soul lub r&b, ta płyta będzie dla niego dobrą propozycją. Na kilka przesłuchań. Na pewno nie jest zła.  

OCENA: 3+\6


sobota, 20 kwietnia 2013

IT'S BEEN A LONG TIME COMING - DIGITAL MASTA

2000

1. It’s Been Longtime Commin Intro
2. 소년원 Freestyle Feat. Infinite Ginnwon
3. 소년원 Freestyle Feat. Infinite Ginnwon
4. 망가진 청색호랑이 Intro Feat. Ginnwon
5. 망가진 청색호랑이 Feat. Ginnwon
6. High Quality Choice Feat. 조PD
7. 그녀는 나에게 Intro
8. 그녀는 나에게
9. DM-SDT 구입
10. 폭풍전야 Feat. Ginnwon Doaka-Deux 이현도
11. Sky Is High Clouds Is Low Feat. Ginnwon, Teddy
12. Thug Of Round Table Feat. 조PD, Ray Jay, Infinite
13. 소년원 Freestyle Remix
14. 망가진 청색호랑이 Remix
15. 악동이 Remix
16. 너와 나 (Bonus Track)
17. 폭풍전야 – Instrumental (Bonus Track)
18. 망가진 청색호랑이 – Instrumental (Bonus Track)

    Wbrew pozorom i temu, co dociera do naszego kraju, Korea ma do zaprezentowania sporo więcej na scenie hiphopowej, niż tylko prześmiewczy PSY, który, mimo, że zaczynał w rapie, obecnie prezentuje K-Pop, a nie K-Hop... Pierwsze solo Digital Masta uznawane jest w Korei za coś w rodzaju klasyka i w sumie mam szczęście go posiadać, bo nakład dawno został wyczerpany...
    W stwierdzeniu, że prawdziwy hip hop w USA został raczej zepchnięty albo do podziemia, albo w ogóle wypchnięty poza granice, jest sporo prawdy. Muzyka (wybaczcie, ale naprawdę nie jestem w stanie odczytać producentów - ba, nawet nie wiem, w którym miejscu okładki ich szukać...) to nowoczesny hip hop - jak na 2000 rok naturalnie, posiadający spora dozę elektroniki, trochę koreańskiego grania ludowego, ale i trafiają się sample jazzowe ('High quality choice', którego ledwo da się słuchać, bo jest złożony chyba przez przedszkolaka...). Zatem, część płyty jest całkiem niezła i słucha się jej bardzo dobrze, ale niektóre bity mogą być nie do przejścia dla słuchacza...  
    Teksty? Dobre sobie. Jeśli ktoś zna koreański, to może posłuchać i podzielić się doznaniami - ja nie jestem w stanie. Można w tym wypadku ocenić jedynie flow i styl, w jakim brzmi rymowanie po koreańsku, co dla nas, Polaków, może wydawać się absolutnym kosmosem. Jako, że jest tu wielu gości, ciężko w sumie uchwycić, który to Digital Masta, a który chociażby Ginnwon, występujący w połowie kawałków. W zasadzie to nie ważne, bo i tak rymowanie stanowi jedną papkę i człowiek europejski nie odróżnia pojedynczych słów, poza angielskimi wstawkami. Rymuje się? Raczej tak. Flow płynie? W większości, choć słychać potknięcia i mało wprawne wersy. No to prawie git.   
    Digital Masta na scenie koreańskiej obecny jest cały czas, czy to solo, czy w duecie z Carsenem pod tytułem DNS. Nie wiem, jak jego kolejne albumy, bo nie jestem w stanie ich dostać, mój koreański łącznik się zerwał i nie ma mi kto przysyłać płyt z półwyspu. Chociaż... Akurat to nie jest najlepszy reprezentant tego kraju - wręcz dość słaby. O tych lepszych w swoim czasie :)

OCENA: 3-\6


poniedziałek, 25 lutego 2013

KEEP ON MOVIN' VOL.1 - GK MARYAN


Entotsu 2000

1. intro
2. 続・大災害
3. Relax Matha F**ka(23区別注)   feat. MACKA-CHIN, GORE-TEX, GAMA 
4. 土地土 FOREVER
5. Chill Time 1
6. アーバン トラップ(URBAN TRAP「都会の罠」)    feat. UZI 
7. THIS LIKE THAT~TOP ISLAND~
8. Chill Time 2
9. アル・パカチーノ
10. かけめぐる新宿ブルース
11. outro
12. TOKYO RELAX(acoustic album version)

     GK Maryan zaczynał grać hip hop w grupie Kaminari-Kazoku jeszcze w latach '90-tych, kiedy rap dopiero raczkował w Japonii. Owo powodzenie hip hopu wzmogło się dzięki gościnnym występom japońskich grup m.in. na płycie De La Soul oraz dzięki sukcesowi DJ Hondy na arenie międzynarodowej. Jednak nie oznaczało to wcale, że japońska scena rap stała się znana, a jej zespoły rozpoznawalne - pomimo, że na wyspach osiągały spore sukcesy.
     Kiedy szperam po zagranicznych scenach, okazuje się szybko, że to właśnie poza Ameryką przede wszystkim, ludzie mają serce do prawdziwego hip hopu. Do nas docierają te najbardziej komercyjne ochłapy, ale jeśli ktoś chce dotrzeć to 'prawdziwego' hip hopu, to się musi postarać. Japończycy udowadniają, że potrafią grać hip hop. Niestety, nie jestem w stanie odczytać kredytów, bo nie znam japońskich znaków, więc nie wiem, kto robił muzykę, ale to klasyczny rap z takim azjatyckim zacięciem. Sporo tu sampli jazzowych, muzyki klasycznej, czy z rozrywkowej muzyki japońskiej, dlatego raczej nie znajdziemy tu brzmień, które są wyświechtane i patentów, które słyszeliśmy w tysiącu kawałków. Ok, nie wszystkie bity są dobre, ale wszystkie ciekawe i warte sprawdzenia.
    Nie znam japońskiego na tyle, żeby zagłębiać się z zawiłości rapowych tekstów, ale z tego co przeczytałem w recenzjach i wyłapałem, teksty są dość proste, bo Maryan stawia na łatwość przekazu i prosty styl. Jakkolwiek dla Polaków nie brzmiałoby rymowanie po japońsku śmiesznie lub dziwacznie, mnie to już nie wzrusza, bo słyszałem rap w kilkudziesięciu językach i japoński nie jest najdziwniejszym do rymowania... :) Kiedy ciężko skupić się na przekazie, zwraca się uwagę na flow i styl oraz głos i ogólne brzmienie całości. I przyznać trzeba, że to gra bardzo ładnie i brzmi ciekawie i oryginalnie. Na pewno egzotycznie :)
    Zawsze będę mówił, że warto eksplorować obce sceny hip hopowe, poza tymi popularnymi u nas, jak amerykańską, francuską, niemiecką i brytyjską. Świat rapu ma tyle do zaoferowania, że człowiek może się zdziwić nie raz i nie dwa. Japońska scena zaś, jest na tyle doświadczona i rozwinięta, że można znaleźć to coś dla siebie. GK Maryan może nie jest najbardziej błyskotliwym jej przedstawicielem, ale jego pierwsza solówka to porządny kawałek j-hop'u.

OCENA: 4\6  



































































czwartek, 7 lutego 2013

SUPREME CLIENTELE - GHOSTFACE KILLAH

Razor Sharp 2000

1. Irons Theme
2. Nutmeg    feat. RZA
3. One 
4. Saturday Nite 
5. Ghost Deini     feat. SUPERB
6. Apollo Kids    feat. RAEKWON
7. The Grain     feat. RZA
8. Buck 50     feat. CAPPADONNA, METHOD MAN, MASTA KILLA, REDMAN
9. Mighty Healthy 
10. Woodrow The Basehead 
11. Stay True     feat. 60 SECOND ASSASSIN
12. We Made It    feat. SUPERB
13. Stroke Of Death 
14. Irons Theme - Intermission
15. Malcolm 
16. Who Would You Ghost 
17. Childs Play 
18. Cher Chez La Ghost   feat. U-GOD
19. Wu Banga 101
20. Clyde Smith (Skit)
21. Iron's Theme - Conclusion.

    Po sukcesie pierwszej płyty Wu jasnym się stało, że rozpocznie się Wu inwazja na hip hopowy świat i każdy solowy zawodnik klanu będzie wydawał swoje solówki. Słowo ciałem się stało i obecnie nie ma członka Wu Tang Clan, który nie ma na koncie choćby jednej własnej płyty. Najwięcej chyba wydał własnie Ghostface, którego drugą płytę właśnie mamy przed sobą. Po genialnym 'Iron Man' rzuciłem się na 'Supreme Clientele' jak na falujące cyce miseczka d. I mnie zastopowało...
    Spodziewałem się świetnych, łupiących po łbie pozornym nieuporządkowaniem bitów RZA, ale on popełnił tu tylko 4 podkłady i to niektóre wręcz słabe ('The grain' i 'Stroke of death'). Resztą zajęła się zbieranina z obozu Wu i nie tylko: Mathematics, Inspektah Deck, Black Moes-Art, JuJu z The Beatnuts, 6 July, The Blaquesmiths, Hassan z The UMC's, Choo The Specializt i Carlos Bess, co znacznie wpłynęło na moje rozczarowanie. Po 13 latach od premiery jednak widzę, że wtedy nie bardzo dorosłem do tego krążka - dopiero dziś wydaje mi się głęboki i poskładany. Moje uprzednie rozczarowanie wynikało z odrzucenia przez Ghostface'a tak lubianego przeze mnie stylu RZA i przejęcie typowego dla NY klasycznego brzmienia. Wychodziłem z założenia, że jeśli chcę posłuchać JuJu, to sobie włączę The Beatnuts, a Tony Starks powinien brzmieć na totalnych podkładach od RZA i spółki. A tutaj? Cóż, dziś widzę, że te podkłady były po prostu nieco zbyt ekstrawaganckie, jak na tamte czasy. Dziś ani nie dziwią, ani nie wprawiają w zachwyt, ale brzmi to o wiele lepiej, niż w 2000, kiedy to na wiele lat ten album po prostu odrzuciłem. Dziś przyciągają mnie świetne sample z Baby Huey, The Sweet Inspirations, Isaaka Hayes'a, Johna Coltrane, czy Gladys Knight. I faktycznie, podkłady są niezłe, niektóre nawet bardzo dobre, choć oczywiście jest kilka mniej trafionych (Cher chez la ghost - masakra)... Ale 'Supreme Clientele' jest jak wino - im starsza, tym lepsza.
    Ghostface za to, wcale się nie zmienił jako emce. Szalony tekściarz, za którego tokiem myślenia ciężko nadążyć, zmieniający tematy w dowolnym momencie i pytany potem, o co chodziło, z rozbrajającym uśmiechem mówi, że nie pamięta... Trudno tu w ogóle mówić o jakiejkolwiek tematyce, bo zwrotki zaczynają się w Kambodży, a kończą na wsi w górach Peru... Ale taki jest Ghost i za to trzeba go albo kochać albo nienawidzić, innej możliwości nie ma. Ironmanowi wtórują goście z obozu Wu, poza jednym, jedynym Redman'em, który znalazł się tu z okazji przyjaźni z Method Man'em. Album jest równy - utrzymuje się w widełkach pomiędzy niezłe, a może być, z rzadka opadając w kierunku tragedii lub wznosząc do bardzo dobre.
    Bilans płyty wychodzi więc mniej więcej na zero. Lubię Ghosta, ale do tego albumu nie mam sentymentu takiego, jak choćby do 'Iron Man', czy 'Bulletproof Wallets'. Średnia płyta, która zyskuje dopiero przy kolejnych przesłuchaniach, ale raczej nie zachwyca. Choć z drugiej strony, może jeśli ktoś zacznie od tej płyty, to pozostałe wydadzą mu się gorsze? Hmmm...

OCENA: 4-\6