RAP AROUND THE WORLD

Ta strona poświęcona jest rapowi z całego świata. W hip hopie siedzę ponad 25 lat, zbieram płyty i nie ściągam ich z netu - chyba, że są to nielegale. Moja kolekcja płyt sięga ponad 15.000 sztuk - muszę chyba kupić większe mieszkanie, aby jeden pokój przeznaczyć TYLKO na płyty CD :) Nie spodziewaj się linków z downloadem - na pewno gdzieś sobie daną płytę znajdziesz - nie tu. I nie spodziewaj się też wielu nowości - ostatnio hip hop śmierdzi. Spodziewaj się za to recenzji rapu z ponad 100 krajów, albumów takich bardziej znanych i takich, o których słyszysz po raz pierwszy - może po taką płytę sięgniesz? Zapraszam na podróż po świecie hip hopu.
## Na dole dodałem flagi, żeby łatwiej było znaleźć coś z odpowiedniego kraju :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1996. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1996. Pokaż wszystkie posty

piątek, 14 listopada 2014

DR. DRE PRESENTS THE AFTERMATH

Aftermath 1996

1. Aftermath (The Intro) - RC, SID MC COY
2. East Coast/West Coast Killas - B-REAL, DR. DRE, KRS 1, NAS, RBX
3. Shittin on The World - D-RUFF, HANDS-ON, MEL-MAN
4. Blunt Time - RBX
5. Been There, Done That - DR. DRE
6. Choices - KIM SUMMERSON
7. As the World Keeps Turning - CASSANDRA MC COWAN, MIKE LYNN, MISCALLENAUS
8. Got Me Open - HANDS-ON
9. Str-8 Gone - KING TEE
10. Please - MAURICE WILCHER, NICOLE JOHNSON
11. Do 4 Love  - JHERYL LOCKHART
12. Sexy Dance - CASSANDRA MC COWAN, JHERYL LOCKHART, RC
13. No Second Chance - WHO'Z WHO
14. L.A.W. (Lyrical Assault Weapon) - SHARIEF
15. Nationowl  - NOWL
16. Fame - JHERYL LOCKHART, KING TEE, RC

    Czasy, kiedy Dre się usamodzielnił i odszedł od Death Row, aby założyć własny biznes, wydają się już dość odległe. Ja jednak doskonale pamiętam i The Chronic, problemy z Suge Knightem i składankę ze świeżutko otwartego labelu Dre, który zarobił miliony hajsów na Eminemie, czy 50 Cent. I choć album zdobył platynę, nie jest uważany za jakieś arcydzieło.
    Nie można uważać tego albumu za płytę Dre - to składanka, która ma promować nie tylko wykonawców z wytwórni, ale również jej producentów. Dlatego obok Dr. Dre, swoje bity prezentują tu Mel-Man, Stu-B-Doo, Maurice Wilcher, Flossy P & The Glove, Rodney Duke & Rose Grifiin oraz Bud'da. Jeśli ktoś, wiedziony sentymentem do 'The Chronic', kupił ten materiał aby pokiwać głową do g-funkowych arcydzieł, ten prawdopodobnie rzucił dyskiem o ziemię. Sam pamiętam niejakie rozczarowanie, że to nie jest już TO. Nic nie stoi w miejscu, a już na pewno nie Dre, dlatego nie ma tu g-funkowych syntezatorów. Jest za to nowocześnie zaaranżowany Westcoastowy rap i r&b, które przenikają się i uzupełniają. Tak, jest tu kilka naprawdę fajnych numerów, ale one nie działają na słuchacza tak, jak kiedyś.
    Na pewno system rozwala wschodnio-zachodnie kolabo, gdzie po jednej stronie jest Nas i KRS One, a po drugiej B-Real, Dre i RBX, który po uprzednich niesnaskach z Dre, powrócił pod jego skrzydła, podkuliwszy ogon. Tak, ten kawałek puszczałem do upadłego! Reszta? Cóż, solowy trak Dre, zresztą będący drugim singlem z płyty, nie wywołuje ciarek i jest zwyczajnie przeciętny, choć relatywnie dobry. Podobnie wypada weteran King Tee. Już prędzej kawałek RBX jest ciekawy. Jednak to ci newcomerzy, których starał się wypromować Dre, zrobili tu dobrą robotę. Według mnie, najlepsze kawałki to 'Got me open', 'Shittin on the world', As the world keeps turning' i może 'L.A.W.'. A, no i mroczny 'Fame'. I choć nie ma tu słabego traku, mało jest również takich, które ścisną za gardło.
    Ogólnie płyta może się podobać, ale szału nie ma, staniki nie latają. Poza starymi wyjadaczami, wypromowali się tu jedynie producenci Bud'da i Mel-Man, reszta po nagraniu pojedynczych piosenek, popadła w niebyt. Tylko Miscallenaus, składający się ze Stu-B-Doo i Flossy P, wydał jeden album, i to nie u Dre. Płyta w sumie całkiem niezła, ale poza Group Therapy z 'East Coast/West Coast Killas' nie ma tu wielkich rzeczy. Spokojny album, na spokojnych bitach, z mało znanymi, choć zdolnymi wykonawcami.

OCENA: 4\6        


czwartek, 23 października 2014

CAL LUV - I WANNA SMOKE WIT U

Hella Deep 1996

1. Intro 
2. Life Of A Playa   
3. I Wanna Smoke Wit U    feat. DOLLA WILL
4. Scrilla     feat. HERSHY BABY
5. Stressed Out    feat. D.O.A.
6. Changes 
7. Catch Me If You Can 
8. Scrilla (Radio)
9. Changes (Radio) 
10. I Wanna Smoke Wit U (Radio)

    Wprawdzie Cal-Luv wydał ten album w drugim obiegu, to jego wydanie imitowało idealnie legalnie publikowane płyty - miało nawet kod kreskowy. Co więcej, był również winyl! I choć po tym debiucie nie wyszło już chyba nic od tego rappera, wiele osób uznaje 'I Wanna Smoke Wit You' za klasyka g-funku.
    Na tym krótkim albumie większość podkładów wykonał niejaki Roggie S, a tylko dwa Toure. I faktycznie, mamy tu niezwykle bujający, mocno upalony g-funk, który porywa nas niczym latający dywan ponad palmami Kalifornii. Lecimy na tej chmurze dymu przez trzy kwadranse, niesieni brzęczącymi basami, partiami syntezatorów, czy samplami z takich rzeczy, jak Stanley Clarke, czy Mother's Finest. Niesamowity klimat nie zwalnia, od obecnych tu funkowych wokaliz ja osobiście mam ciary na plecach i jest to taka rzecz, za którą fani g-funku Złotej Ery daliby sie pociąć. Mało znany producent i zaczynający dopiero karierę DJ Toure z Hieroglyphics wywalili jeden z ciekawszych albumów gatunku. Owszem, słychać wyraźnie, że dwa kawałki toure są jakby z nieco innej bajki ('Stressed Out' i 'Catch Me If You Can'), ale zupełnie nie przeszkadzają pomiędzy funkującymi zawijasami Roggie'go.
    Cal-Luv ma typowy, kalifornijski wyluzowany flow, którym opowiada nam swoje zjarane nieco opowiastki. Mieszają nam się tu różne odsłony z życia gracza. Raz mamy przed sobą upalonego kolesia, rozwalonego na kanapie z koniakiem w ręku, innym razem gracza w pogoni za kasą, aby następnie spotkać młodego człowieka, który świadomy jest mechanizmów, rządzących światem. Nie ma tu żadnych szczególnych opowieści ani dosadnych wersów, ale Cal-Luv ma pewien dar, który sprawia, że słucha się go bardzo dobrze, zwłaszcza na tak kołyszącej muzyce. Gościnnie mamy tu tylko Dolla Will i kolesi z D.O.A. - bardziej gangsterskich w klimacie. Nie mogę nie wspomnieć jeszcze o Hershy Baby, którego wokal jest absolutnym mistrzostwem i 'Scrilla' dzięki niemu zyskuje drugie dno.
    De facto mamy tu tylko sześć numerów - ciężko liczyć intro i trzy wersje radiowe - czyli bez wersów niecenzuralnych. Ale te sześć kawałków to prawdziwa przyjemność dla każdego, kto lubi funk i zasłuchiwał się swego czasu g-funkiem. Bardzo lubię wrócić do tego albumu, bo ma on siłę i świetny wajb.

OCENA: 4+\6 


niedziela, 18 maja 2014

LEGAL DRUG MONEY - LOST BOYZ

Uptown 1996

1. Intro
2. The Yearn
3. Music Makes Me High
4. Jeeps, Lex Coups, Bimaz & Benz
5. Lifestyles Of The Rich & Shameless
6. Renee
7. All Right
8. Legal Drug Money
9. Get Up
10. Is This Da Part
11. Straight From Da Ghetto
12. Keep It Real
13. Channel Zero
14. Da Game
15. 1, 2, 3
16. Lifestyles Of The Rich & Shameless (Remix)

    Kiedy wyszedł ich pierwzy singiel, potem drugi, aż w końcu album, hiphopowy świat oszalał na punkcie Zagubionych Chłopców. Mr. Cheeks, Freaky Tah, Pretty Lou i Spigg Nice nagrali album, który poruszył fasady rapu i sprawił, że Lost Boyz stali się rozpoznawalni i szanowani. Ich debiutancki album sięgnął po złoto w ciągu dwóch miesięcy, a single z tej płyty to w tej chwili klasyka.
    Nic w sumie dziwnego, jeśli spojrzymy na listę producentów: Easy Moe Bee zrobił dwa z trzech hitów ('Jeeps, Lex Coups...' i 'Lifestyles...'), Pete Rock dał bit do 'The yearn', wykorzystywany przez zespół jeszcze później podczas kampanii przeciwko AIDS, a resztę hitów zapewnił Mr. Sexxx ('Renee' oraz 'Music makes me high'). Jednak najwięcej podkładów mamy tu od Big Dex'a, który niejako ustalił brzmienie grupy. Dwa ostatnie kawałki to robota bliżej nieznanego koleżki Dwarf The Black Prince. Muzyka jest tu zaiste przebojowa, typowy hip hop z Nowego Jorku, ale podany tak, że noga sama skacze, a głowa kiwa się do bitu. Jasne, że nie wszystkie bity kręcą totalnie, ale takich akurat jest mało. Osobiście tylko nie rozumiem fenomenu 'Music makes me high' - zbyt prostego i płaskiego bitu, ale pozostałe podkłady są nieprawdopodobne - zwłaszcza Renee, Yearn, Straight from the ghetto i... znaczna większość. 
    Zespołem rządzi dwóch rapperów - w zasadzie rządziło w czasie nagrywania tego albumu. Główne wokale na płycie to zachrypnięty Mr. Cheeks i bardziej zachrypnięty Freaky Tah. Chłopcy są dość wszechstronni i potrafią nawinąć swoim charakterystycznym flow w zasadzie na każdy temat. Bo znajdziemy tu takie imprezowe hity, jak Music makes me high, czy Get up, hymn miłośników czterech kółek 'Jeeps, lex coups...' (te samochody są w zasadzie jedynie pretekstem do reprezentowania dzielni...), love story z ghetta w storytellingu 'Renee', kończąc na temacie aids w 'The yearn', czy o problemach społecznych w świetnym 'Lifestyles Of The Rich & Shameless', 'Straight From Da Ghetto' i 'Channel Zero' - w którym dostaje się Markowi Wahlbergowi aka Marky Mark'owi za bycie białym Czarnuchem, który w życiu nie widział getta. I aby ukazać liryczne skille Cheeksa, niech no zacytuję kawałek opowieści z 'Renee': 'I get a beep from Renee because Renee uses code 2 \ But yet I'm chattin' with her mom dukes she says "Renee has been shot \ So Cheeks, meet me up at St. Luke's" \ I jumps on the Van Wyck I gotta make it there quick \ A yo , this shit is gettin' mad thick not even thinking about the po-nine \ I'm doing a buck, who gives a fuck I'm smokin' boom and the whole nine \ I gotta see what's going on but by the time I reach the hospital \ They tell me "Mr. Cheeks, Renee is gone". I choć to Cheeks właśnie był głównym rapperem grupy, to bez Freaky Tah nie brzmiał na solówkach już tak charakterystycznie. Bardzo dobre teksty Cheeksa, darcie japy w backgroundach - to wszystko tworzyło niepowtarzalny klimat.
    Tego klimatu niestety nie udało się już powtórzyć grupie na żadnym z kolejnych albumów - każdy następny był tylko gorszy. Natomiast 'Legal Drug Money' to klasyk, jedna z najlepszych płyt nie tylko w '96, ale niestarzejący się materiał - tak brzmi prawdziwy rap.

OCENA: 5+\6


wtorek, 11 marca 2014

RISE AGAIN - HOUSE OF PAIN

Tommy Boy 1996

1. The Have Nots
2. Fed Up    feat. COKNI O'DIRE
3. What's That Smell
4. Heart Full Of Sorrow   feat. SADAT X
5. Earthquake
6. Shut The Door
7. Pass The Jinn
8. No Doubt
9. Choose Your Poison
10. X-Files
11. Fed Up (Remix)    feat. COKNI O'DIRE, GURU
12. Killa Rhyme Klik
13. While I'm Here

    To pożegnalna płyta irlandzkiego tria, które dało nam klasyczny przebój 'Jump around' i wiele innych, doskonałych momentów. W dniu wyjścia krążka Everlast ogłosił karierę (w zasadzie jej kontynuację) solową, a DJ Lethal i Danny Boy zostali sami sobie. Ok, Lethal znalazł szybko miejsce w Limp Bizkit, Danny Boy zajął się sztuką, ale to Everlast zgarnął największy fejm i kasę, zmieniając również styl. Obaj, po wielu latach, spotkali się w grupie La coka Nostra.
    Ten album to zwrot w brzmieniu o jakieś 90 stopni, bo DJ Lethal i Everlast przeszli od wyjących trąbek i innych dęciaków oraz rozpieprzającej sekcji perkusyjnej, do bardziej stonowanych brzmień, co nie zawsze spotkało się z dobrym przyjęciem. Na tym albumie dostajemy, wprawdzie bardzo przyjemne, tzw. 'mellow' brzmienie, typowo nowojorskie, ale przecież nie kupowało się poprzednich płyt HoP dla brzmienia podobnego do ATCQ, DITC, czy Brand Nubian, tylko właśnie dla tych dęciaków, które rozwalały głośniki. Zamiast ciężkich trąb mamy powyciągane sample z takich wykonawców, jak Buffalo Springfield, Miles Davis, Camel, a nawet Soundgarden - tyle, że to nie podrywa tyłka do skakania, tylko kiwa głową. Przyznam jednak, że poza pewnym zdziwieniem a propos zmiany stylu, płyta spodobała mi się muzycznie, bo jest w bardzo dobrym stylu i słychać tu ten prawdziwy, nowojorski bumbap i w zasadzie nie ma co płakać nad zmianą stylu, bo zmiany są podobno zawsze na lepsze. Trzeci album jest inny, ale nie znaczy, że gorszy.
    Zdarty wokal Everlasta jest bardzo łatwo rozpoznawalny. Charakterystyczny flow, proste, lecz nie prostackie wersy 'if Jesus is your Lord Then praise your God \ If Islams your thing Allah U Akbar \ And if you represent the six pointed star \ Then my Heebs back home told me to say Shalom \ I put grooves in the mix \ I make moves like the Knicks \ And take ya straight up the lane \ I block out the frame' - to stanowi nadal siłę House Of Pain. Wejścia hypemana Danny Boy'a można policzyć na palcach jednej ręki, ale wszystkie niewymienione wersy, rymowane gładkim głosem zapewnił Divine Styler, podziemny rapper, raczej rzadko udzielający się w tak znanych rzeczach, ale mający spory fejm wśród fanów rapu alternatywnego. Wersy 'Periodic measures to say my rhymes \ Too much of this dope need growth-type slow \ Off a poet's tree, let me blow my leaves \ Shake off my roots and pull up my sleeves' z 'What's that smell' są zresztą próbą  przemycenia swojej prywatnej twórczości. Poza tym, rozpieprzają wstawki ragga, zwłaszcza w 'Shut the door', bo Anglik Cokni O'Dire pojawia się z okazji singlowego przeboju, którego remiks nagrano z Guru. Zresztą, nie tę jedną legendę mamy tu gościnnie, bo udziela się tu również Sadat X z Brand Nubian, co również nadaje albumowi bardziej uniwersalny wymiar, zacierając tę irlandzkość House of Pain.
    Wbrew odrzuceniu swojego stylu, to nadal stare, dobre House of Pain. Ta płyta jest inna, ale równie dobra, co poprzednie. Bardzo lubię do niej wracać, a większość kawałków przez długi czas nie wychodziło z mojego odtwarzacza, od singla 'Fed up', aż po 'Shut the door' i 'Pass the jin'. Bardzo fajny album.

OCENA: 5-\6 


czwartek, 27 lutego 2014

DEEP 4 LIFE - 4DEEP

Albatross 1996

1. Revelation           
2. It's On           
3. Remember           
4. How We Do           
5. Nuttinyce See All 2           
6. Don't It Blow Your Ya Mind           
7. Playas Rondavu           
8. Homie Wuza Ho           
9. Deep 4 Life           
10. Can't Handle The Madness

    4Deep to już klasyk z Houston. Big Boss, Koo-Rod i Klas-1 wydają w 1996 roku swój trzeci album. Nazwa w slangu oznacza cztery osoby zajmujące się gangsterką w jakimś miejscu. To, że jest ich trzech jakoś tu nie przeszkadza...
    Big Boss jest naczelnym producentem grupy i to on wprowadził to brzmienie na albumy. Pomaga mu tutaj Darin Gates (znany z paru teksańskich wydawnictw gangsterskich) oraz liczni studyjni muzycy. To nieco plastikowy g-funk, pełen syntezatorowych melodyjek i basów, które toczą się z wolna przez perkusje, tworząc z pozoru laid backowy klimat, ale producenci postarali się o wplecenie tu niepokojących brzmień, potępieńczych jęków i horrorowych klimatów. Do tego mamy tu trochę damskich wokali, nie tylko w refrenach, ale i w zwrotkach (czy też raczej pod nimi). Wychodzi to różnie, ale jest tu parę fajnych traków, z jednej strony wyluzowanych, ale naładowanych bólem i strachem dzięki morderczym wersom Koo Rod'a i Klas-1. Taki ciężki gangsta funk, sączący się prosto z drewnianego domku, jakich pełno na przedmieściach Houston.   
    Rapperzy z 4Deep znani są z brutalnych tekstów, opisujących rzeczywistość w najpodlejszych zakątkach Houston. To nieco zaskakujące zestawienie - ich powolne flow, wyluzowane głosy, którymi opowiadają ze szczegółami o morderstwach, handlu narkotykami i wszelkich nielegalnych formach egzystencji. Żaden z rapperów nie owija w bawełnę (to z bawełną to taki hasztag do Czarnych w Stanach, wieszoczymmówię), żaden nie boi się opowiedzieć z detalami o ciemnej stronie (to z ciemnym to znowu taki hasztag do Czarnych, wieszoczymmówię) egzystencji w Texasie. I Koo Rod i Klas-1 mają niskie wokale i rzadko kiedy pozwalają sobie na jakiekolwiek emocje w czasie rymowania. Wzmacnia to wrażenie, bo ociekające krwią zmieszaną z koką teksty, rymowane dość beznamiętnymi głosami tworzą dość straszny klimat. 'It's kill or be killed to survive' wydaje się być mottem rapperów, którzy faktycznie brzmią, jakby świeżo wyjęci z getta. Nie ma gości, zresztą album trwa 37 minut, więc nie ma takiej potrzeby. Moje ulubione traki tu  to tytułowy 'Deep 4 Life', ale również 'Homie Wuza Ho'.
    To płyta zdecydowanie dla fanów gangsta funku z czasów Złotej Ery. Czasem melodyjki są zbyt tanie, czasem trąca plastikiem, ale wraz z rapperami, Big Boss zbudował muzyczny thriller, którego słucha się bardzo dobrze. Ale na pewno fani trapu i hardkoru nie będą usatysfakcjonowani. Ale płyta ma klimat, choć nie należy do najlepszych materiałów 4Deep.

OCENA: 3+\6 


sobota, 18 stycznia 2014

DIGGIN IN DAH VAULTS - BLACK MOON

Nervous 1996

1. How Many Emcees – DJ Evil Dee Remix 
2. Act Like U Want It – DJ Evil Dee Remix 
3. Shit Iz Real – New Vocals By Buckshot
4. Son Get Wrec – DJ Evil Dee Remix
5. U Da Man – DJ Evil Dee Remix   feat. DRU HA, HAVOC, SMIF & WESSUN
6. Buckshots Freestyle Joint 
7. Fuck It Up
8. I Got Cha Opin (Remix)
9. Buck Em Down (Remix)
10. Murder MC’s
11. Headz Ain’t Redee   feat. OGC, TOP DOG, HELTAH SKELTAH, SMIF & WESSUN
12. Six Feet Deep

    Zdarza się co jakiś czas, że płyty popularnych wykonawców wychodzą zupełnie bez wiedzy i zgody samych zainteresowanych. Tu się tak złożyło, że drugi album Black Moon został zwyczajnie wydany przez Nervous Records bez jakichkolwiek ustaleń z zespołem. Ot, zebrali siedem remiksów, kilka stron B z singli i kawałek z soundtracku do 'New Jersey Drive', wrzucono na płytę i wypuszczono. Obliczone pewnie to było na zysk, ale jedyne, co zyskała wytwórnia to... proces w sądzie i zerwanie kontraktu. Ups.  
        Całość zremiksowana lub wyprodukowana została przez członków grupy: DJ Evil Dee i Mr. Walt'a. Wcale nie jestem pewien, czy remiksy są lepsze, niż oryginały - z zasadzie powinienem powiedzieć odwrotnie: jestem pewien, że oryginały są lepsze. Ale gdybym nie słyszał wcześniej 'Enta Da Stage', to kto wie? Bo tu mamy nieco surowsze brzmienie, niż na pierwszej płycie, choć Sample są z dość podobnych rzeczy: James Brown, Tyrone Washington, Barry White, Donald Byrd i moja ulubiona Vicky Anderson z totalnego hitu '"The Message from the Soul Sisters", który uwielbiam pasjami. Tu został wykorzystany w nowej wersji 'Son get wrec'. Ale jak weźmiemy taką wersję 'Shit iz real', to okaże się, że oparta jest o ten sam sampel trąbki, co kawałek oryginalny. W zasadzie można by powiedzieć, że te kawałki są wcale niezłe, ale pamiętajmy, że to tylko głównie strony B singli... 
    Jeśli ktoś słyszał debiut Black Moon, ten zna doskonale głosy i flow Buckshot'a i 5footera. Co więcej, większość kawałków z tej płyty fani rapu w latach '90 znali na pamięć, bo hity takie jak 'How many emcees', 'Shit iz real', 'Son get wrec, 'I got cha opin' i 'Buck'em down' leciały na heavy rotation we wszystkich stacjach muzycznych. Poza tymi sztosami mamy trze strony B singli (kawałki 7, 10 i 12) oraz kawałek ze ścieŻki dźwiękowej do New Jersey Drive, czyli 'Heads ain't redee'. Czyli, poza muzyką, nie ma tu nic nowego, bo wokale w zasadzie są niezmienione i dobrze znane: to potężne bragga, lecące przez cały album z tradycyjnym dla członków Duck Down melancholijnym zakończeniem ze wspominkami zmarłych towarzyszy. W dwóch numerach mamy prezentację całego przekroju Duck Down, bo za mikrofonem stają prawie wszyscy dostępni Żołnierze Boot Camp.      
    Black Moon mógł się zgadzać lub nie, ale fani bardzo polubili tę płytę. Jednak dla mnie, choć jest to krążek w porządku, znacznie bardziej podoba się 'Enta Da Stage'. Wersje zremiksowane nie bujają tak dobrze i pod koniec robi się wręcz nudnawo. Remiksy są niezłe, ale daleko im do oryginałów, nie mają tego ognia i siły. Dlatego płyta jest ok, ale nie wracam do niej tak często, jak do debiutu.

OCENA: 4\6


środa, 11 grudnia 2013

ESTO VA EN SERIO - SFDK

SFDK 1996

1. La Llegada
2. La verdad es mi pecado
3. Mientras la Justicia duerme
4. Tu mundo y el Mío
5. Suenos
6. Pequenos grandes Errores
7. Generación basura
8. Abandonando el camino
9. Mientras más subas, más dura será la caida
10. No pueden
11. Como la espuma
12. Ahí lo lleva
13. Lo nuestro rompe
14. Nos vemos
   
    Kto w Hiszpanii nie wie, kim są SFDK? Legendarni prekursorzy rapu z Sewilli wydali tyle albumów - począwszy od kaset, wyprodukowali i wypromowali tyle gwiazd hiszpańskiego rapu, że naprawdę ciężko zliczyć. Accion Sanchez i Zatu zaczynali na początku lat '90, wydając kasety, nagrywane własnym sumptem. 'Esto Va En Serio' to ich trzecia taśma (kurde, kto pamięta rap na kasetach???), już niedługo obaj wespną się na szczyty...
    Wiadomo, jak to brzmi hardkor rap na kasetach w krajach, kiedy zaczyna dopiero wychodzić z powijaków... Ostre bity, funkowe sample, totalny hałas i chaos rządzą na taśmie, przypomina to nieco produkcje Bomb Squad, odpowiedzialnych za płyty Public Enemy - ale te z przełomu lat '80 i '90. Łatwo się można zorientować, że album spóźniony jest o dobre 5 lat, ale to nie szkodzi. Kaseta, sprzedawana z ręki do ręki poszła w liczbie ponad 800 sztuk, co zaowocowało koncertami i założeniem pierwszej w Hiszpanii wytwórni hip hopowej. Muzyka jest, owszem, surowa, ale słychać, że Sanchez ma pojęcie, nie kopiuje bezmyślnie podkładów, tylko wyciąga własne sample i robi coś swojego. Od czegoś trzeba zacząć, tak?
    Przypuszczam, że do sukcesu bardziej zbliżył wówczas grupę Zatu. Ma charakterystyczny, agresywny flow i mocno zdarty głos i radził sobie te 20 lat temu całkiem nieźle z mikrofonem. Do tego porusza tematykę społeczną i polityczną (Generacja śmierci, Porzucając drogę, Pomimo, że sprawiedliwość śpi), nie stroniąc również od typowego dla rapu bragga i rymów bitewnych. W tamtych czasach instytucja gości nie była rozpowszechniona, więc Zatu musiał radzić sobie sam, ale płyta wcale na tym nie traci.
    Ok, to album, który wychodzi poza ramy czasowe, czy raczej się w nich nie mieści, bo jest nieco przestarzały, ale to on m.in. utorował drogę do sukcesu nie tylko samego SFDK, ale i całego rapu hiszpańskiego. Wydobył go z podziemia i przedstawił Hiszpanom. Warto sobie sprawdzić tę taśmę i porównać z naszymi krajowymi dokonaniami z 1996 (Liroy, Slums Attack, 3H, Kaliber 44, NAS, Karramba). Podobne?

OCENA: 3\6


poniedziałek, 9 grudnia 2013

THE PENULTIMATE SACRIFICE - KILLA INSTINCT

Move 1996

1. Now The Boy Dies
2. No More Need For Whispering   feat. GUNSHOT, TONES OF TWICE
3. Devil Killa
4. Now The Boy Dies (Instrumental)
5. No More Need For Whispering (Instrumental)
6. Devil Killa (Instrumental)

    Killa Instinct to w zasadzie legenda sceny brytyjskiej, działająca po dziś dzień od późnych lat '80. Zaczynali jako Total Fiasco, potem Onslaught, aby wreszcie zostać przy nowej nazwie. Bandog, Snypa i DJ Geta rozpoczęli wydawanie płyt od kilku epek - ta jest trzecią w ich dorobku, dopiero później weszły albumy długogrające. Snypa przed samym nagraniem opuścił zespół i nie uczestniczył w nagrywaniu epki.
    Zasadniczo mamy tu trzy kawałki, do których dołożono po prostu instrumentale. Grupa sama sobie robi muzykę, większy udział w produkcjach ma zapewne Geta, ale i Bandog dorzuca tu swoje trzy grosze. Za to w kwestii skreczy, obecnych w każdym kawałku, sam DJ Geta jest tylko w 'Devil Killa' - resztę zabezpiecza szkocki dejot z II Tone Committee, Krash Slaughta. Już po tytułach można się zorientować, co to za rodzaj muzyki: ostry hardkor, atakujący uszy agresywnymi perkusjami, ciężkimi, funkowynmi samplami i wspomnianymi skreczami, które ucinają głowę przy samej dupie. To chaos, hałas i zamieszanie, ociekające do tego krwią. Ostro.
    Sam Bandog również nie jest delikatniutkim paniczem we fioletowych rurkach. Teksty i flow są dokładnie takie same, jak muzyka: agresywne, szalone i pełne przemocy. Bandog rymuje o morderstwach z zimną krwią, ucinaniu głów i innych krwistych rzeczach rodem z piekła. Wspomagająca Killa Instinct legendarna grupa Gunshot oraz Tones Of Twice dostosowują się do klimatu wszechogarniającej paranoi i nie odstają od morderczych gospodarzy.
    To płyta dla fanów mocnego hardkoru i horrorkoru, wściekłych bitów, skreczy i wersów. Dobrze, że epka jest krótka, bo nie ma tu miejsca na oddech, słuchacz atakowany jest lawiną dźwięków i potępieńczych rymów. Całkiem niezłe :)

OCENA: 4\6 


wtorek, 5 listopada 2013

THE NEW WORLD ORDER - POOR RIGHTEOUS TEACHERS

Profile 1996

1. Who Shot The President
2. Miss Ghetto
3. Word Iz Life
4. Allies   feat. FUGEES
5. New World News (INterlude)
6. Gods, Earths And 85ers    feat. NINE
7. My Three Wives   feat. MISSJONES
8. Wicked Everytime
9. N.A.T.O. (Global Cops)
10. Concious Style    feat. KRS 1
11. Culture Freestyles (Interlude)
12. They Turned Gangsta   feat. BROTHER J, SLUGGY RANKS
13. We Dat Nice
14. Hear Me Out
15. Fo Da Love Of This
16. Dreadful Day    feat. JUNIOR REID
17. Sistuh
18. Outro

    To już czwarty album żywych legend nowojorskiego rapu. Wise Intelligent, Father Shaheed i Culture Freedom to trio, które położyło kilka kamieni milowych na drodze hip hopu i są do tej pory wymieniani jako pionierska grupa, która tworzyła świadomy hip hop, bardzo polityczny, ale w sposób taki, że ich płyty okazywały się sukcesem. 
    Naczelnym producentem grupy jest Father Shaheed, a wtóruje mu Culture Freedom. Oprócz nich podkłady na album dali Ezo Brown, Krs 1 i Clark Kent i to już powinno sugerować, że będziemy mieć przed sobą porcję prawdziwego hip hopu. Czego mamy sie spodziewać? Jak to czego? Najprawdziwszego hip hopu na świecie! Porządne perkusje, dobry dobór sampli, fantastyczny klimat Wschodniego Wybrzeża z najlepszych lat hip hopu. Sample z Edwina Starr'a, Lonnie'go Smith'a, Sade, Lee Dorsey, czy The Animals dodają smaczku i choć odnajdziemy tu sporo znanych klasyków soulu, to tym lepiej. Sporo cut'ów z klasyków rapu od Father Shaheed'a i mamy pełen obraz muzyki na albumie. 
    Główna rolę na majku odgrywa Wise Intelligent i w sumie jego ksywka zdradza jego podejście do swojego zadania. Dodatkowe wersy zapewnia Culture Freedom, którego imię również wiele świadczy o zainteresowaniach. Dlatego mamy tu bardzo świadomy rap, wypełniony sprawami głównie Czarnego społeczeństwa w Stanach oraz polityką. Mało już miejsca zostaje na jakieś bragga, czy rymy dla samych rymów - tu liczy się przekaz. Wprawdzie Wise jest dużo lepszy, niż Culture, potrafi i rymować i toastować ragga wersy, ale i tak ten drugi występuje na tyle rzadko (zwrotki ma raptem w dwóch kawałkach - z czego jeden, 'Sistuh' jest w całości jego), że to nie przeszkadza. Gościnnie na majkach występuje cała śmietanka nowojorskiego rapu. Olsniewający jest feat. od Fugees - zwłaszcza Lauryn Hill na refrenach i w zwrotce. Nine ze swoim głosem zrobił, niestety, tylko refren - tak samo zresztą, jak MissJones, ale tego akurat można było się spodziewać. KRS 1 na własnym bicie dał wyborny popis 'świadomego stylu', a legendarny Brother J z X-Clanu rozwalił trak, wspomagany przez jamajskiego toastera, Sluggy Ranksa. Fascynację Wise Intelligenta jamajskimi rymami widać nie tylko w jego toastowaniu co jakiś czas, ale i w gościach, bo jest tu również Junior Reid w niezwykle bujającym traku.   
    Nie ma tu może takich hitów, jak na poprzednich krążkach i album nie sprzedał się jakoś świetnie, ale jest to naprawdę świetny materiał, wyładowany ważnymi słowami i doskonałymi rymami. Zdaję sobie sprawę, że w 1996 wyszło mnóstwo dobrych płyt i pewnie sporo lepszych od PRT, ale nie można odmówić temu albumowi siły - bo jest to świetny materiał.

OCENA: 5-\6


środa, 7 sierpnia 2013

Новый День - Дамат

Pavian 1996

1. часы идут
2. выпей
3. новый день ( часть 1 )
4. дядька полицай   feat. звонкий
5. замкнутый круг
6. люди помогите   feat. звонкий
7. новый день ( часть 2 )
8. клоун убийца    feat. морфий
9. срок подошел к концу
10. наемный убийца ( бонус трек )
11. мишень ( бонус трек )
12. своя роль ( бонус трек )

            Tym razem z grubej rury. Przenosimy się do starych, dobrych czasów, kiedy rządził rap na kasetach, a do tego lądujemy w... Rosji. Wielki rynek rapowy i wielkie pieniądze z nim idące w obecnych latach, musiały mieć kiedyś swój początek. Lata '90 i pierestrojka to początek zachłyśnięcia się amerykańską muzyką. W Rosji zaczęły pojawiać się składy, zaczęły wychodzić kasety coraz to nowych składów, oraz 'sborniki', czyli kompilacje najlepszych kawałków. Trochę z tego przenikało do Polski. Niektórzy z ówczesnych gwiazd nagrywają do dziś, stając się legendami: Bad B.Aliance (o których za parę dni), Decl, N'Pans, Kasta i inni. Jednak legendarną kasetę nagrał również duet z Moskwy, Damat.
    Muzyką zajmował się tylko jeden z członków duetu, Czerep. Co tu można powiedzieć o muzyce? Słyszeliście produkcje polskie z połowy lat '90? No to właśnie macie pojęcie, co się tu dzieje. Hardkor rodem z NY lat '92-'94, czyli mocne perkusje, sample z funku, taka wypadkowa Leaders Of The New School, Lords Of Underground, Public Enemy i pewnie kilku jeszcze innych składów. Lubiący złotoerowe klimaty łatwo znajdą patenty żywcem wzięte np. z A Tribe Called Quest... Wiadomo, że chłopaki słuchali klasyki nowojorskiej i z niej Czerep czerpał inspirację. No dobrze, w paru miejscach mamy delikatne, nieco nieśmiałe odwołania do rosyjskiej muzyki tradycyjnej - wiecie, bałałajki itp. Fakt, że muza jest spóźniona o dobre 3 lata nie zmienia tego, że płyta stanowi rosyjski klasyk.  
    Głównym emce zespołu był D-Bosz, chociaż w paru kawałkach możemy również usłyszeć producenta, jak i gościa z grupy Ritm U - Zwonkija. D-Bosz rymuje tak, jak brzmi muzyka. Ma ostry growling i jedzie swoje bezkompromisowe teksty ze swadą, wyjętą wręcz z płyt Onyx. Kiedy wchodzi Czerep, wnosi nieco powiewu ragga i szkoda, że nie słychać go częściej. O czym rymują Damat? O ciężkim życiu w Mateczce Rasiji, trochę horrorkoru o Clownie zabójcy, nieco gangsterki (czy też reality rapu - jak zwał, tak zwał) - tego typu misz masz, typowy dla Europy tamtego okresu. Zaletą jest niezły flow i styl, taka Złota Era po rosyjsku.
    Rosyjscy fani traktują Damat nieco jak nasi pierwsze Wzgórze Ya-Pa-3, czyli wspominany z łezką klasyk, który dziś brzmi... Kuriozalnie, zwłaszcza dla innostrańców. Ale warto posłuchać początków jednej z najbardziej prężnych i dochodowych scen rapowych na świecie.

OCENA: 3\6 


czwartek, 16 maja 2013

GETTIN IT - TOO $HORT

Jive 1996

1. Gettin' It  feat. PARLIAMENT-FUNCADELIC, SONJI MICKEY, JAZZE PHA
2. Survivin' the Game
3. That's Why
4. Bad Ways    feat. STUD, MURDA ONE, JOE RIZ, SONJI MICKEY
5. Fuck My Car   feat. MC BREED
6. Take My Bitch
7. Buy You Some    feat. ERICK SERMON, MC BREED, KOOL-ACE
8. Pimp Me    feat. GOLDY, KOOL-ACE, SIR CAPTAIN, REEL TIGHT
9. Baby D    feat. BABY D
10. Nasty Rhymes
11. Never Talk Down    feat. RAPPIN 4-TAY, MC BREED
12. I Must Confess    feat. REEL TIGHT
13. So Watcha Sayin'?
14. I've Been Watching You (Move Your Sexy Body) feat. PARLIAMENT-FUNKADELIC

    Too $hort to legenda. Przecież płyty wydaje od połowy lat '80, ma ich na koncie ponad 20, współpracuje z najlepszymi i choć młodsi fani mogą go nie kojarzyć, osoby, którym nie obca jest muzyka hip hop, zwłaszcza ta z zachodu, nie mogą go nie znać. To jeden z pionierów West Coastu, to on zaczynał jako Pimp rapper. To chodząca (i nadal nagrywająca!) ikona rapu. Przy okazji - jego dziesiąty album 'Gettin It' zdobył platynę.  
    Cała płyta kołysze ciałem, ewentualnie samochodem, typowo luzackimi i alfonsimi podkładami. A robiła je dosłownie śmietanka zachodniego rapu. Może i nazwiska i ksywy nic Ci nie powiedzą, ale... L.A. Dre produkował dla Eazy E, NWA, Above The Law, Ant Banks to klasa sama dla siebie, Colin Wolfe od Dr Dre, MC Breed'a nawet nie powinienem przedstawiać - klasyk, Shorty B (odpowiedzialny za bity dla Digital Underground i produkcję wielu ścieżek dźwiękowych do filmów: How To Be A Player, Juice, Menace II Society, Barbershop 2...) i Spearhead X (muzyka dla m.in. De La Soul, Illegal, DJ Jazzy Jeff & The Fresh Prince, George Clinton...). Zjadło? Czysty funk najwyższych lotów. Muzyka płynie spokojnie i bez ciśnienia, to 65 minut wyluzowanego kulania się po bitach. Fakt, wrażenie zwiększa letnie pogoda, bo album mocno spalony jest kalifornijskim słońcem. Do tego mnóstwo cytatów z klasyków funku - zresztą sam George Clinton wraz z zespołem brali udział w nagraniu krążka. Lepiej już nie da się zareklamować...
    Too $hort się nie zmienia. Jego naczelny temat to panny - od cichodajek po rozpasane dziwy i prostytutki aka kurwy. Takie, co nie boją się eksperymentować z ostrym seksem i takie, co dadzą Ci dupy, bo masz fajną brykę. I takie, co musisz objeżdżać swoim cadillakiem, bo stoją na ulicy i zarabiają na Twoją willę z basenem. A ile razy pada tu słowo 'biatch', które rozpropagował potem Snoop Dogg? Ale płyta nie zawiera li tylko i wyłącznie tekstów, kręcących się wokół dupy. Są jeszcze cycki :) No i drinki, kasa i pimpowanie. To w zasadzie wszystko, czym zajmuje się Too $hort, rymujący swoje pikantne teksty powolnym, specyficznym flow. Oprócz niego, całe 65 minut funku wypełniają również goście, w większości związani w ten, czy inny sposób z Short Dogiem: świetny MC Breed (rip), Kool-Ace, Goldy i Rappin 4-Tay. Znalazł się tu również młodziutki, dziesięcioletni Baby D, ale jest i Erick Sermon z zupełnie innej beczki, ale pasujący jak ulał.
    Fani hardkoru nie będą zachwyceni ta płytą, ale nie oszukujmy się - jest bardzo dobra. Spokojna, rozkołysana, wypełniona funkiem po brzegi. Jest to bodaj najlepsza płyta $hort'a, a nawet jeśli nie, na pewno w pierwszej trójce. Lubię do niej wrócić, bo jest pełna konkretnych brzmień.

OCENA: 4+\6


sobota, 4 maja 2013

INTERNATIONAL - ME & MY COUSIN

Hard II Oppose 1996

1. Learnin' The Game
2. Front To Back
3. Bank Out
4. To Catch A Playa
5. Smooth
6. International
7. 4 Who
8. My Day
9. Back In Kentucky
10. Switches
11. Baby Getaround
12. Freaks
13. Fronting MF
14. Fonk Interlude
15. Red Carpet
16. The End Tho

    Ta płyta wyszła nawet u nas, ale tak mało osób kojarzy ów duet, że aż wstyd. Dwa lata przed wydaniem albumu obaj wypuścili singiel na kasecie 'Let your Rhymes Run', który obecnie jest już chyba nie do dostania, ale kiedy wyszedł krążek 'International', nic już nie było takie same.  
    To nie jest Twój codzienny funk, który zrobił Rhythm D - odpowiedzialny za wiele znanych kawałków dla m.in. Eazy E, MC Ren, Paperboy'a. Ale ta płyta jest wyjątkowa, ponieważ nie jest to zwyczajny g-funk, to muzyka wybiegająca wiele kroków poza ramy lat '90 w rapie. To wibrujący cyfrowymi klawiszami laid back, który wrzyna się w mózg i nie możesz go wyrzucić. W moim siedzi już ponad 15 lat i ta muza nadal brzmi świeżo i fantastycznie. Mocne perkusje, brzęczące basy, pozawijane dźwięki, a nawet rzadko używany w hip hopie flet (!) w genialnym, skądinąd, 'The End Tho'. Rhythm D pokazuje tu swój producencki kunszt i nie jestem pewien, czy wyprodukował kiedyś lepszą płytę. 
    Fredrik Fonk i Cedric Fonk, czyli Ja i Mój Kuzyn (czy też odwrotnie) to dwóch emce, którzy sięgają poprzeczki, zawieszonej przez producenta i lekko nad nią przelatują. Obaj mają dużą łatwość płynięcia po tych podkładach, dość leniwie, ale przekonująco. Do tego opowiadają ciekawe historie, często ze sporą dozą poczucia humoru. Nie ma tu gości, 'jus Me and My cousin' - ewentualnie kobiece przyśpiewki tu i tam. Nie potrzeba nikogo więcej, bo obaj kuzyni (prawdziwi, czy też nie) dają sobie świetnie radę i wystarczają w zupełności.
    Według mnie jest to jedna z najlepszych płyt: a) z Bay Area, b) w tym stylu, c) w roku '96. Taki cyfrowy fonk nie zestarzał się ani na jotę, nadal jest świeży i chrupiący, jak buła prosto z pieca. Moje ulubione kawałki to 'My day' i 'The end tho', ale tu nie ma słabego numeru. Każdy jest co najmniej bardzo dobry. Rzadko zdarzają się takie płyty! Szkoda, że album został kompletnie przespany, bo jest zwyczajnie genialny. Szkoda, że to tylko jedyny ich album. Ale świetnie, że jest.

OCENA: 6\6


wtorek, 5 marca 2013

DO YOU KNOW THE WAY - 10 BASS T

The San Jose Sound 1996

1. Beat Generation
2. Hip Hop Culture
3. Good Times
4. 10 Bass Hit
5. Scratch 'N' Sniff   feat. CHARIZMA
6. What's the Definition of a 10basst
7. Good Times [Remix]
8. Open Your Eyes
9. Third World/First Person
10. People Gettin' Down
11. Some Say We're Spanish Some Say We're Black
12. Beat Generation [#2]

    Rap nie zna granic i tak było od zawsze. 10 Bass T jest znakomitym przykładem tej tezy, bo w swoim składzie ma kolesi o korzeniach na Filipinach, Karaibach i w Meksyku. Jest to jedyna płyta tria z San Jose (pomijam zupełnie niedostępną kasetę 'Of Human Balance and Steamed Rice'), choć podobno nagrali sporo materiału na kolejne płyty - wszystko utknęło na półkach wytwórni.
    DJ Selector G, pochodzący z Meksyku, jest odpowiedzialny za muzykę i, oczywiste to jest, za skrecze. Bity, faktycznie, posiadają sporą dozę basu, ale nie wykracza on poza normy na tyle, żeby przeszkadzało. W większości są to podkłady oparte na świeżych samplach jazzowych i soulowych, typowy bumbap, który klasycznie będzie kiwał Twoją głową. To nie brzmi jak Zachodnie Wybrzeże, tylko jak czystej wody nowojorskie podziemie.
    Mikrofony w tym zespole ogarniali Slim Daddy Milo (ten z Filipin), jadący ze swoistą raggamuffinową manierą oraz Solrac (portorykańsko-dominikański), brzmiący, jakby urodził się na Brooklynie (zaraz zaraz, on się tam naprawdę urodził!). Dlatego ciągle wydaje się, że San Jose jest na Wschodzie :) Panowie mieszają jamajski styl z językiem hiszpańskim i angielskim, otrzymując wybuchową miksturę. Fakt, że nie mówią o czymś konkretnym - w większości kawałków jest to po prostu bragga, czasem zahaczając o tematykę życiowo-społeczną. 'Third world \ First person' za to jest rozliczeniem z własną przynależnością narodową, czy raczej jej poszukiwaniem. W jednym z kawałków możemy poznać Charizma'ę, legendarnego i utalentowanego przyjaciela Peanut Butter Wolf'a, który zginął tragicznie jeszcze przed wydaniem tego krążka. 
    To płyta, którą na pewno chętnie przyswoją miłośnicy Złotej Ery. Choć nie jest to popularny krążek i pewnie większość nawet nigdy nie słyszała nazwy 10BassT, to warto go obadać, bo pełen jest świeżych bitów i fajnych stylów na majkach. Szkoda, że zespół nic więcej nie wydał, poza Solrac'iem, który pod swoim własnym nazwiskiem wypuścił kilka lat temu album. Dobre, stare nagrania.

OCENA: 4\6


sobota, 23 lutego 2013

BACK IN BASS - TECHMASTER P.E.B. & DJ MAGIC MIKE

Newtown 1996

1. Bass Activation           
2. Sound Of The Underground           
3. 2 Turntables           
4. Back In Black           
5. Bass Planet           
6. It's Freaky           
7. Bass Interlude, No. 1           
8. Stylin'           
9. It's Time           
10. Boys           
11. Bass Interlude, No. 2           
12. Bassline           
13. Slow Jam           
14. M Tech           
15. How Low Can You Go?           
16. Retrospect       
17. Back In Black

    W latach '90 niezwykle popularnym stał się tzw. styl Miami Bass - grali go wykonawcy przede wszystkim z Florydy, a najbardziej rozpowszechnił ten rodzaj klasyczny już zespół The 2 Live Crew. Jednym z prekursorów i propagatorów Miami Bass był również DJ Magic Mike, który jednak nie jest szerzej znany poza Stanami, a nawet tam nie szczególnie - zwłaszcza jak na jego status klasyka. Nagrał sporo płyt, w różnych konfiguracjach, z czego dwa albumy z DJem, zwanym Techmaster P.E.B. Przed nami pierwsza płyta duetu, 'Back In Bass'.
    Magic Mike nigdy jednak nie był typowym przedstawicielem sceny Miami Bass, bo jako producent ciążył zdecydowanie w kierunku rapu ze Wschodniego Wybrzeża. Jednakże usłyszymy tutaj przede wszystkim klimaty znane z Flordy tamtego czasu: szybkie bity, elektroniczne dźwięki, sample z funku i rocka, czasem disco, wiele cut'ów i urywające łeb skrecze, którymi akurat tutaj zajmuje się Techmaster P.E.B. Rzec można, że to swoista mieszanka stylu Miami Bass z klimatami East Coast, w wyniku czego otrzymujemy czysty hip hop z przebasowanymi wstawkami i taką ilością skreczy, jakby to był album turntablistyczny.    
    I w sumie za taki można go uznać, bo skoro duet tworzą producent i DJ, to rymów niekoniecznie należy się tu spodziewać. Za całą warstwę liryczną robią więc cytaty z przeróżnych rapowych kawałków, a jeśli spojrzeć obiektywnie na scenę Miami Bass początku lat '90, to o ile rapperzy gadali głównie pierdoły na temat cipek i pieniędzy w dowolnie wulgarny sposób, to ich DJe, choć zupełnie nieznani, przewyższali często umiejętnościami niejednego znanego turntablistę z reszty Stanów.     Dzięki wszystkim powyższym punktom, mamy całkiem świeżą po dziś dzień płytę, która z jednej strony może trochę męczyć przebasowanymi wstawkami i dziwacznymi dla niezorientowanych wkrętami, z drugiej pełna jest fajnych sampli i świetnego skreczingu. Znajomy nazwał to turntablism dla ubogich, ale to nie do końca prawda. Warte sprawdzenia na pewno.

OCENA: 4-\6


poniedziałek, 7 stycznia 2013

THE INFINITE - EMINEM

Web Ent. 1996

1 Infinite
2 W.E.G.O. (Interlude)
3 It’s OK    feat. EYE-KYU
4 313    feat. EYE-KYU
5 Tonight
6 Maxine    feat. MR. PORTER, THREE
7 Open Mic     feat. THYME
8 Never 2 Far
9 Searchin’    feat. EYE-KYU
10 Backstabber
11 Jealousy Woes II

    Tak, tej postaci nie trzeba przedstawiać zupełnie. Ale ilu fanów Em'a będzie kojarzyć jego pierwszy album? Przecież Marshall wydał go będąc jeszcze pomywaczem w knajpie Gilbert's Lodge! Płyta sprzedała się w oszałamiającej ilości ok. 1000 sztuk, a sam Eminem zebrał masę krytyki, że podrabia innych nowojorskich rapperów, a zwłaszcza AZ. 
    Jak powiem, że płytę w całości zrobił Mr. Porter, to nikt nie bedzie wiedział, kto zacz. Ale jest to ta sama osoba, która na płytach Eminema i na D12 występuje pod pseudonimem Kon Artis. Wspomagał go znany z tej samej okazji Proof. Podkłady są tutaj najzupełniej zwyczajne i mało odkrywcze - typowy produkt podziemia Złotej Ery. Spokojne perkusje, głębokie basy, oszczędne sample - w połowie lat '90 był to już tak oklepany standard, że ciężko było się czymś takim zachwycić, w dodatku z wersami jakiegoś Białasa...
    A ów Białas nie miał jeszcze tego stylu, którym zachwycił się najpierw The Source, a potem cały świat. Przebłyski umiejętności widać jednak w niektórych trakach, zwłaszcza w bodaj najlepszym na płycie 'Open mic', gdzie Em wyjaśnia, kto i po co dał mu, do kurwy nędzy, majka. Na tymże majku Em wspierany jest przez podziemnego rappera Eye-Kyu, który jeszcze czasem da wersy na D-12, czy inne kawałki brygady i przez Proof'a. Ale naturalnie to wszystko to jeszcze nie jest to, w czym zakochały się miliardy fanów rapu na świecie. Na razie Em szuka stylu i kształtuje swoje popieprzone wersety.
    Dlatego ta płyta przeleciała bez echa, bo jest... zwyczajna. Takich płyt, w samym '96, było kilkaset w samych Stanach, więc czemu akurat ta miała być hitem? Pomogła dopiero promocja w rubryce Unsigned Hype w The Source, gdzie Eminem trafił jako bodaj pierwszy Biały w historii, no i Dr Dre, który wypuścił jego drugą płytę. Ten album jest przede wszystkim dla fanów podziemia i Złotej Ery, bo fani Marshalla mogą mieć z tym krążkiem kłopot

OCENA: 3+\6


poniedziałek, 3 grudnia 2012

HELL ON EARTH - MOBB DEEP

Loud 1996

1.Animal Instinct   feat. TWIN GAMBINO, TY NITTY
2.Drop a Gem on 'Em
3.Bloodsport
4.Extortion   feat. METHOD MAN
5.More Trife Life
6.Man Down   feat. BIG NOYD
7.Can't Get Enough of It   feat. GENERAL G
8.Nighttime Vultures    feat. RAEKWON
9.G.O.D., Pt. III
10.Get Dealt With
11.Hell on Earth (Front Lines)
12.Give It Up Fast    feat. NAS, BIG NOYD
13.Still Shinin'
14.Apostle's Warning

    Nie mogę się oprzeć wrzucaniu tutaj klasyków, nic nie poradzę :) Trzeci album duetu Mobb Deep miał rozpieprzyć system, kiedy wyszedł rok po absolutnie hitowym 'The Infamous Mobb Deep'. Miał pozamiatać ulice i zrobić 'piekło na ziemi'.
    Pierwszym krokiem do piekła nie jest ciekawość w tym wypadku, tylko bity. Charakterystyczne, pudełkowate perkusje Havoc'a, sample i dźwięki potęgujące uczucie zagrożenia, szum starego winylu... Nie oszukujmy się, ten polski, uliczny styl skądś się wziął i o ile pierwsza Molesta czerpała wiadrami z poprzedniej płyty Mobb Deep, to obecni ulicznicy brzmią jak popłuczyny po 'Hell On Earth' (oczywiście nie wszyscy, ale generalizuję). Tak, niewiele tu skreczy, mało jest tego korzennego hip hopu - ale to ścieżka dźwiękowa do nowej ery filmów blaxplotation. Prodigy i Havoc genialnie wykorzystują sample z muzyki poważnej, ale i z The Jackson 5, rockowego King Crimson, czy wręcz Giorgio Morodera. 
    Drugim stopniem są sami rapperzy. I Havoc i Prodigy obdarzeni są głosami i flow, który pozwala ich rozpoznać pośród milionów innych rapperów. Mają swój unikalny styl, dzięki któremu zawsze będziesz wiedzieć, że to ONI. Wersy pełne są przemocy, latających nad głowami kul i broczących krwią czarnuchów. Do tego kryminalnego klimatu dostosowują się członkowie kliki z QB: Twin Gambino, Ty Nitty, General G i bardziej znany Big Noyd, nie wspominając o najsłynniejszym przedstawicielu Queensbridge, Nas'ie. No i dwóch członków Wu: Meth i Rae, którzy i tak dość często wplatali w tamtych czasach historie z getta. Oprócz singlowych 'G.O.D.' i 'Hell on Earth', mamy tu jeszcze... 12 świetnych kawałków, chociaż wyróżniłbym tutaj przede wszystkim 'Animal instinct', 'Drop a gem on'em' (dissujący zachodnich rapperów), 'Nightime vultures' i absolutny 'Apostle's warning'. Choć tak na dobrą sprawę nie ma tu kawałka nawet TYLKO dobrego, wszystkie są ponad poprzeczką.
    Rzadko się zdarza, aby jakiś sequel był lepszy od poprzednika, ale... w mojej opinii jest. 'The Infamous...' rozwaliło głośniki fanów rapu na całym świecie, ale to 'Hell On Earth' pozamiatało zupełnie i nie pozostawiło złudzeń. Totalna płyta.

OCENA: 6\6



czwartek, 29 listopada 2012

BIJ NACHT & ONTIJ - WHITE WOLF

Djax 1996

1. Voorwoord 
2. Auw!
3. Vrijspraak 
4. Lichtgewicht 
5. Een Kogel 
6. Roken 
7. Stop Niet 
8. Lekkerbek 
9. Kies voor de Kinderen 
10. Meestercomplot 
11. Beeld Na Beeld 
12. Indianenverhalen 
13. Los 
14. Het Zwarte Schaap 
15. Wat Ik Effe Zeggen Wou! 
16. Liefde voor een Nacht 
17. De Brouwerij 
18. Rondvraag

    Kto u nas słucha Nederhopu? Kto w ogóle wie, co to jest za zwierzę? Nederhop to nurt powstały w latach '90 w Holandii, był (czy może nadal jest) klasycznym stylem, produkowanym z holenderską mentalnością. 'Bij Nacht & Ontij' to już drugi album kolesi Spenker, Camel, PwB i Chrizack'a, którzy przygodę z rapem zaczęli jeszcze pod koniec lat '80.
    Produkcją całkowicie zajął się Chrizack. Z jednej strony jest to totalna klasyka początku lat '90, ale... po pierwsze, mamy już '96 i hip hop trochę się zmienił - nie w Holandii. Po drugie, mamy tu cały ogrom sampli soulowych, jazzowych i wszelkiej innej maści, ale... jest to poskładane dość dziwacznie. Jasne, mamy i bitboksy i skrecze od PwB i niby wszystko jest tak, jak powinno, ale... wyraźnie słychać, że nie jest to amerykańska produkcja, bo jest dziwna. Są nawet wściekłe gitary w jednym traku. Wyraźnie słychać, że Nederhop to twór wyjątkowy.
    Ciężko jest oceniać mi lirykę tych trzech emce, bo ich holenderskie rymy brzmią, jakby się krztusili. Jedyne, co można stwierdzić, że nie są to najgorsi raperzy i mają niejakie pojęcie o tym, co robią. Zresztą, wydali te kilka płyt i byli całkiem popularni na holenderskiej scenie rapowej. Fakt, że skończyli karierę wraz z końcem XX wieku, ale nadal są dość znani i fani hip hopu w Holandii o nich pamiętają.  
    Wytwórnia Djax, założona przez... dziewczynę, to był 15 lat temu label podobny do No Limit Mastera P: wydawali prawie wszystko w Holandii, co było Nederhopem. Ustalili standardy, wypromowali wykonawców i w sumie wytwórnia działa do tej pory, bo w 2010 przypomniała o sobie kolejną płytą artysty nederhopowego. Póki co, zapoznaliśmy się z jednym z, można powiedzieć, typowych albumów holenderskich tamtego okresu. Jeśli kogoś to zainteresowało, zapraszam do szukania innych wykonawców tego nurtu - a w tej małej Holandii było ich mnóstwo.

OCENA: 3-\6


niedziela, 11 listopada 2012

THE BEST OF SHAQUILLE O'NEAL - SHAQUILLE O'NEAL

Jive 1996

1. I'm Outstanding 
2. Shoot Pass Slam 
3. What's Up Doc? (Can We Rock?)   feat. FU-SCHNICKENS
4. Biological Didn't Bother   (G-Funk Version)
5. Mic Check 1-2    feat. ILL AL SCRATCH
6. Where Ya At?     feat. PHIFE DAWG
7. (I Know I Got) Skillz   feat. DEF JEF
8. No Hook    feat. RZA, METHOD MAN
9. My Silly Llama 
10. Newark to C.I.   feat. KEITH MURRAY
11. My Style, My Stelo   feat. ERICK SERMON, REDMAN
12. Biological Didn't Bother (Original Flow)

    Trzeba mieć o sobie nie lada pojęcie, żeby wydawać składankę 'best of' po wydaniu zaledwie dwóch albumów... Ale to nie dlatego, że Shaq ma o sobie ogromne mniemanie - po prostu po dwóch albumach zmienił wytwórnię, a ta, żeby jeszcze trochę na nim zarobić, chcilę przed wydaniem trzeciej płyty Shaq'a, wypuściła składaka z najlepszymi kawałkami z 'Shaq Diesel' i 'Shaq Fu: Da Return'. 
    Trudno nie narobić 'hitów', kiedy produkują Ci kawałki takie osoby, jak Erick Sermon, Redman, Def Jef, RZA czy Warren G. Kawałki [1-3] i [6-7] pochodzą z pierwszej płyty i są bardzo klasyczne - typowa złota era hip hopu - wiele sampli, skreczy, mnogość stylów. Numery [4-5] i [8,10-11] to już druga płyta, znacznie bardziej wysublimowana i wypieszczona, w końcu produkcją zajął się Def Squad (Sermon, Redman), wspomagany przez RZA z Wu, co doskonale podniosło sprzedaż albumu. Kawałek [12] jest remiksem, a [9] jest jedynym 'nowym' kawałkiem w zestawieniu. Brzmienie jest niezłe, typowe dla wspaniałych lat '90, ale patrząc na producentów, czego można oczekiwać, poza klasyką?
    Muzyka jest świetna, to prawda. Za to Shaq też jest świetnym... koszykarzem. Bo rapperem już mniej... Obdarzony głębokim głosem, wypada jednak dość blado, szczególnie wtedy, kiedy wchodzą inni rapperzy. No bo jak może brzmieć koszykarz przy szalonych stylach Fu-Schnickens, przy mistrzach z Wu Tang Clan, przy dowcipnym Redmanie, czy słusznie płynącym po bicie Sermonie? O ile teksty są często dość poprawne ('My biological didn't bother' o ojcu, którego Shaq nie znał, wzruszył wiele osób), to styl może czasem wywoływać uśmiech politowania na twarzy. To nie znaczy, że płyta jest zła - słucham jej z przyjemnością! Pełna klasycznych brzmień, świetnych gości, a i Shaq daje się słuchać. Jednak teksty  w stylu 'nothing's gonna stop me from being outstanding' albo 'you know I got skills' to lekka przesada w jego przypadku...
    Na pewno warto sprawdzić ten album - jak się spodoba, to wtedy należy zabrać się za poszczególne solowe płyty Shaqa - wydał ich 5. Jeśli zaś uznacie, że to wack, to w żadnym wypadku nie grzebcie dalej - to jest przecież best of! Jak dla mnie sympatyczna podróż w czasie.

OCENA: 4\6