RAP AROUND THE WORLD

Ta strona poświęcona jest rapowi z całego świata. W hip hopie siedzę ponad 25 lat, zbieram płyty i nie ściągam ich z netu - chyba, że są to nielegale. Moja kolekcja płyt sięga ponad 15.000 sztuk - muszę chyba kupić większe mieszkanie, aby jeden pokój przeznaczyć TYLKO na płyty CD :) Nie spodziewaj się linków z downloadem - na pewno gdzieś sobie daną płytę znajdziesz - nie tu. I nie spodziewaj się też wielu nowości - ostatnio hip hop śmierdzi. Spodziewaj się za to recenzji rapu z ponad 100 krajów, albumów takich bardziej znanych i takich, o których słyszysz po raz pierwszy - może po taką płytę sięgniesz? Zapraszam na podróż po świecie hip hopu.
## Na dole dodałem flagi, żeby łatwiej było znaleźć coś z odpowiedniego kraju :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1995. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1995. Pokaż wszystkie posty

sobota, 25 października 2014

DEE-MACK - DOIN IT MY WAY

Untouchable 1995

1. Get Yo Fedy On    
2. B.K.A. Da Mack    
3. Doin It My Way 
4. Ain't No Love    
5. Can't Play A Playah   feat. LADY K
6. The Day I Wanted To Die    feat. FRANK NITTY    RTD   
7. Still Livin'    
8. Meanin Of Stayin Strapped    
9. Real G'z Get No Love     feat. BLACK MAGIC
10. Livin Is A Privilege 
11. Definion Of A Gangsta    feat. AD CAPONE, PERV

    Zdaję sobie sprawę, że większość czytelników tej części mojego bloga - czyli poświęconej rapowi spoza naszego kraju, na większość nazw reaguje bądź wzruszeniem ramionami, bądź krótkim 'a co to kierwa jest?'. I pewnie tak jest przy Dee-Mack'u. Jeśli powiem, że to członek grupy z San Francisco, która zwie się RTD Click, czyli Ruthless Til Death, i tak nie sprawi to, że ktokolwiek zajarzy - co najwyżej bardzo zagorzali fani rapu z Bay Area.
    Bo to własnie taka płyta - dość typowa dla Złotej Ery i Zatoki właśnie. Dwóch producentów, The Dopeman i G-Man Stan wypełnili album brzęczącymi basami i laidbackowym funkiem. O ile Dopeman siedzi raczej lokalnie i nie ma zbyt wielu produkcji na koncie, to G-Man Stan powinien być znany szerzej fanom juz nie tylko Bay Area, ale i rapu w ogóle, bo przecież wielokrotnie dawał bity nie tylko rapperom z drugiej linii forntu, jak Sean T, Chunk, Big Mack, Hook Boogie, ale także sporo jego produkcji jest na płytach JT The Bigga Figga i Rappin 4-Tay. Na albumie mamy ten gangsterski funk, który święcił triumfy w połowie lat '90. Basy pobrzękują, piszczały wyją, wygrywając kolejne melodie - do tego wszystkiego producenci używają nieco żywych instrumentów i szczyptę sampli. Dzięki temu mamy tu sporo wspomnianego laid backu, ale podszytego kryminalnym klimatem, z zagrożeniem czyhającym za rogiem. Ale wiesz, taka muzyka wtedy była na każdej płycie z zachodu. Słucha się dobrze, ale bez gęsiej skórki.
    O ile styl Dee-Mack'a jest w miarę przyzwoity, choć wydaje mi się ciągle, że gdzieś to już słyszałem, to teksty raczej stanowią materiał na niższą półkę. Typowe gangsta pierdoły o gnatach i haslowaniu czarnuchów, o dziwkach i zabawach bronią. Przy tym Dee-Mack nie ma za dużo inwencji i polotu, dlatego jego teksty są tak proste, że mógłby je pisać grenlandzki łowca fok po roku nauki języka. Plus łowca powinien być świeżo zaopatrzony w nieco mięsa do rzucania. Zresztą, rapper oscyluje wokół tekstów w stylu 'in the ghetto, jackin is the way of livin'. Jednak doceniamy finezję Dee-Mack'a, kiedy wchodzą na majki goście, zwłaszcza Perv i Ad Capone, którzy chyba zarymowali swoje pierwsze i ostatnie w życiu wersy - szkoda, że na legalne wydawnictwo. Nie lepiej wypada kolega Dee-Mack'a z RTD, Frank Nitty. Niestety, te płytkie gangsterskie teksty i koślawe flow gości raczej irytuje, niż nastraja pozytywnie...
    No cóż, często się tak zdarza w zagranicznych produkcjach, że kiedy przestaniemy słuchać tekstów, a skupimy się na piosenkach jako na całości, nie bacząc na bzdury, wypływające z głośników, okaże się, że to nawet niezła płyta. Tak jest i tym razem. Nie wszystkie bity są równie dobre, ale ogólnie to całkiem niezła rzecz w ramach Bay Area. Natomiast patrząc generalnie na całość - to po prostu przeciętny album.

OCENA: 3\6


poniedziałek, 15 września 2014

PLAY - DOUG E FRESH

Gee Street 1995

1. Where's Da Party At
2. It's On   feat. VICIOUS, SINGING MELODY
3. Take 'Em Uptown
4. I Ight (Alright) (Allstar Remix)
5. The Original Old School    feat. COLD CRUSH BROTHERS, DJ HOLLYWOOD, THE FURIOUS 5, LOVEBUG STARSKI
6. Freaks   feat. VICIOUS
7. Freak It Out
8. It's Really Goin' On In Here   feat. MISSJONES, SHOCK DOG
9. Who's Got All The Money
10. Get Da Money   feat. ILLAQUOIN, MANSONE BATEZ, SHIM SHAM, TODD BLACK
11. Hands In The Air    feat. BEENIE MAN
12. Doug E. Got It Goin' On   feat. MISSJONES
13. Keep It Going    feat. MISSJONES
14. Breath Of Fresh Air    feat. THE DIGGY DIME, ILLAQUOIN, K-SUPERIOR, MANSONE BATEZ, VIGILANTE

    Doug E. Fresh to klasyk, jeden z prekursorów beatboxu, wydający swoje płyty również studyjnie. 'Play to jego czwarty, jak na razie ostatni album, na którym pozbył się swojej Get Fresh Crew i wprawdzie kokosów na nim nie zarobił, bo album nie odbił się szerokim echem, ale przynajmniej MTV puszczało jego teledyski w prawie każdym Yo Raps! - a zwłaszcza 'Freaks'. 
    To już połowa lat '90, zatem nie wypadało pójść po linii najmniejszego popru. Dlatego, poza tym, że Doug E. Fresh sam produkował część utworów, poza tak znanymi osobami, jak  Da Beatminerz, Easy Mo Bee, czy Yogi z CRU, mamy tu całą plejadę współpracowników Fresh'a, bliższych lub dalszych: DJ Barry B, RP, Shim Sham, Allstar, Chill Will, Donavon Thomas. Produkowali oni większość kawałków razem, w różnych kombinacjach, a sam gospodarz czasem do nich dołączał, czasem nie. Co z tego wyszło? Większość płyty to zdecydowanie imprezowe kawałki, które swego czasu niewątpliwie potrafiły rozkręcić niejedną imprezę. Doug i jego koledzy przywracają klimat dawnych hip hopowych potańcówek w opuszczonych halach fabrycznych Nowego Jorku. Z samplami z takich tuzów czarnej muzy jak Bernie Mac, Alfred Newman, James Brown, czy Minnie Ripperton mamy cały czas gorący wajb. Największym jednak hitem z tego albumu był kawałek 'Freaks', który w całości opiera się o bitboks Fresh'a.    
    Doug, pomimo, że jest specem od bitboksu, umie rymować całkiem porządnie. Ma charakterystyczny, wysoki głos, a do tego często wplata w swoje wersy kawałki paszczogrania - że tak to ujmę. Nie ma tu nic skomplikowanego - wszystkie kawałki poświęcone są zabawie, ewentualnie fajnym pannom na tychże imprezach. Do tego mamy jeszcze nieco bragga, bo oczywiście Doug E. to 'the world's greatest entertainer', jak mówi tytuł jego poprzedniego albumu. Żeby nie było, że Doug jest sam jak palec, zaprosił on na płytę z jednej strony gości, którzy już w 1995 roku byli przebrzmiali: Cold Crush, Furious 5, czy Lovebug Starski. Z drugiej strony Doug chciał zapewnić 'Breath of fresh air', dlatego mamy tu sporą brygadę młodych rapperów, którzy nie pokazali się już nigdzie więcej - poza młodym Vicious'em - 14-latkiem, wypatrzonym przez Fresh'a i Donavona Thomasa na jakimś talent show. Vicious miał już na koncie cały album, a tutaj również dał parę wersów u swojego 'wujka'. Zresztą, największą popularnością cieszył się właśnie 'Freaks' z jego udziałem. Może dlatego, że dzieciak gadał o cipkach, a może dlatego, że to po prostu fajny kawałek. Z tych bardziej znanych osób, mamy tu jeszcze legendę ragga, Beenie Mana i popularną niezwykle w tamtych czasach gwiazdkę r&b, missjones.
    Słuchając albumu nie mogę oprzeć się wrażeniu, że coś tu nie gra. Owszem, są naprawdę niezłe momenty: 'Freaks', 'Where's da party at', 'I ight', ale w całości to wszystko jest po prostu przeciętne i nic dziwnego, że 'Play' nie sprzedał się tak, jakby chcieli zainteresowani. Doug zdaje się tkwić zawieszonym w czasie kilka lat wstecz i nie zauważać upływającego czasu. W 1992-3 płyta pewnie byłaby hitem. Ale mamy tu 1995. Dziś, puszczam sobie ten album co jakiś czas (raz na 3-4 lata znaczy), aby przypomnieć wspomniane hity. I tyle.

OCENA: 3+\6   


piątek, 4 lipca 2014

ROOT DOWN EP - BEASTIE BOYS

EMI 1995

1. Root Down (Free Zone Mix)
2. Root Down (LP)
3. Root Down (PP Balloon Mix)
4. Time To Get Ill
5. Heart Attack Man
6. The Maestro
7. Sabrosa
8. Flute Loop
9. Time For Livin'
10. Something's Got To Give

    Po ogromnym sukcesie albumu 'Ill Communication' oraz po długiej trasie koncertowej po Europie, okazało się, że da radę wydać małe ep: wystarczy wrzucić niepublikowane wersje singla 'Root Down' i kilka rzeczy nagranych podczas europejskiego turne. I tak szybko powstała epka, wypuszczona na rynek - co więcej, ludzie ją łyknęli!
    Wprawdzie Beastie Boys są zespołem hip hopowym, ale nie takim pierwszym lepszym. Raz, że wywodzą się z garażowego punku i ich pierwsze nagrania są zdecydowanie nie do przejścia. Dwa, że w ich nagraniach maczało zawsze palce zbyt wielu ludzi, którzy mieli gust muzyczny zdecydowanie alternatywny, zamiast hip hopowego. Mam tu na myśli Money Mark'a, Mario Cladato, czy Erica Bobo (no, ten najmniej odstający od stylu, ale zawsze). Dlatego mamy tu totalny misz masz. Są trzy wersje tytułowego kawałka: albumowa, remiks popełniony przez Prince Paul'a i drugi od The Prunes. W obu remiksach żywa perkusja i gitarka zastąpione zostały samplami, z tym, że Prince Paul zrobił remix nieco w stylu Beastie Boysów, a The Prunes raczej poszli w stronę Massive Attack i podobnych klimatów. I dalej, kawałki to zupełny miks. Punkowe 'Heart attack man' i 'Time for livin', tłusty i funkowy 'Maestro', bluesowe 'Sabrosa' i 'Something's got to give', aż wreszcie oparty o linię fletu 'Flute loop'. Mieszanka wybuchowa, choć wszystkie wersje znamy z poprzednich albumów, tyle, że są tu w wersjach koncertowych.
    Mike D, Ad Rock i MCA to bardzo sprawni rapperzy. Słychać wyraźnie, że są biali - ich głosy są wysokie, krzykliwe - wrażenie podnosi jeszcze swada, z jaką rymują oraz efekty na wokalu. Ale nie jest to wadą, bo słucha się ich bardzo przyjemnie, zresztą ich teksty są bardzo porządne, czy to wyją swoje punkowe jazdy, czy rymują o tym, jak wkręcili się w rap w tytułowym traku: 'Every morning I took the train to High Street Station \ Doing homework on the train, what a fucked up situation \ On the way back up, hearing battle tapes \ Through the underground, underneath the sky scrapes \ Like Harlem World Battles on the Zulu Beat Show \ It's Kool Moe Dee vs. Busy Bee \ There's one you should know, (yeah) \ Enough of that, I just want to give some respect due'. Ta miłość i szacunek do hip hopu trochę zacierają kawałki mocno... alternatywne, w których albo nie ma prawie w ogóle tekstu albo chłopcy drą japę, ostrzegając przed zagrożeniami, jakie niesie cywilizacja (Heart attack man). Zawsze te kawałki mnie irytowały...   
    To tylko epka, którą w zasadzie warto mieć dla dwóch remiksów 'Root Down' - resztę znamy, zresztą cieżko tę epkę uznać za jakieś 'best of' - takie typowe wydawnictwo z nudów dla kasy. Nie ma ten materiał większego sensu, ale dla fanów BB jest na pewno kąskiem wartym uwagi.

OCENA: 3+\6



piątek, 30 maja 2014

COCKTAILS - TOO $HORT

Jive 1995

1. Ain't Nothing Like Pimpin'
2. Cocktales
3. Can I Get A Bitch    feat. ANT BANKS
4. Coming Up $hort
5. Thangs Change    feat. ILLEGAL, BABY D
6. Paystyle
7. Giving Up The Funk   feat. THE DANGEROUS CREW
8. Top Down
9. We Do This     feat. 2PAC, MC BREED, FATHER DOM
10. Game   feat. OLD SCHOOL FREDDY B
11. Sample The Funk
12. Don't Fuck For Free

    Naczelny alfons na scenie wydaje albumy z częstotliwością karabinu maszynowego. 'Koktaile' to jego dziewiąty (!) album, który, jak zwykle, okazał się sukcesem - już w pierwszym tygodniu ilość sprzedanych kopii przekroczyła 100.000 sztuk, a na listach płyta zakończyła swój marsz na szczycie. Nadal jest to materiał, uważany za jeden z najlepszych od Za Krótkiego.
    Po ośmiu poprzednich krążkach i kasetach (bo przypomnę, że trzy pierwsze albumy wyszły tylko na kasetach i winylach), Zbyt Krótki może sobie pozwolić na to, że jego płyty produkowane są przez najlepszych bitmejkerów, zajmujących się alfonsiarskim funkiem. To przede wszystkim ekipa The Dangerous Crew, czyli słynny Ant Banks, legendarny multiplatynowy Shorty B, Father Dom, kolega Shorta z klasy - Freddy B, Goldy i PeeWee oraz, naturalnie, sam $hort. Oprócz nich pojedyncze podkłady zrobili Spearhead X, B. Turner i L.A. Dre. To coś dla tych, którzy lubią głębokie basy grane na żywo, laidbackowe klimaty, poparte gitarkami i syntezatorowymi melodiami. Do tego dochodzą nieliczne sample, które, jeśli już są, pochodzą z tak różnych rzeczy, jak Black Sabbath, czy Ohio Players. Ale większość muzyki zrobiona jest przy wykorzystaniu żywych muzyków sesyjnych, co daje nam świeży funk z Bay Area. Kołysze, łagodzi teksty i wprawia w prawdziwy trans i laid back.
    Too $hort to niezrozumiały geniusz. Nagrał tyle płyt dokładnie o tym samym, a one ciągle pokrywają się platyną lub chociaż złotem... Short Dawg na zmianę stosuje bragga i opowiada o pimpowaniu lasek: '10 years on the run, still in the game \ Bounce back through the town ain't nothin change \ Caught a murder beef, but the shit was weak \ Charges got dropped in less than two weeks' albo 'Ride that bitch like a set of vols \ Dip in dip out of that traffic jam \ Freaky little bitch gotta have it man \ She like to get that money from all you tricks'. Naprawdę, inny temat ciężko znaleźć - może jeszcze jaranie. Do całości goście dokładają swoje cegiełki w stylu: całe Dangerous Crew razem, czy też osobno, ale spoza macierzy znajdziemy tu nowojorską młodzież z Illegal, nieżyjących 2Pac'a i MC Breed'a oraz młodziutki Baby D. Hustlowanie, pimpowanie - często na dość prostym, by nie rzec prostackim poziomie - ale $hort ma już tu swoją ustaloną pozycję i nawet jeśli trafią się mu marne rymy, to muzyka za niego nadrabia na tyle, że czasem nie zwracamy uwagi na prostackie wersy, bo bujamy się w te i we wte.
    Kolejny sukces $horta? Na pewno. Jak przeczytałem w jakiejś recenzji: 'kogo obchodzą teksty, kiedy wchodzi TAKI bas?' Niekończące się historie przealfonsa mogą nudzić, ale muzyka - dla lubiących funk, oczywiście, to killer. Dlatego mniej zwraca się tu uwagę na rappera, któremu warsztatu technicznego odmówić się nie da, bardziej na płynące podkłady i kunszt muzyków.

OCENA: 4-\6


wtorek, 11 lutego 2014

OMBRE EST LUMIERE (VOLUME UNIQUE) - IAM

Delabel 1995

1. Ombre Est Lumiere    
2. Le Feu (Prodigal Edit)    
3. Cosmos    
4. Le Dernier Empereur    
5. Contrat De Conscience    
6. Une Femme Seule (Remix)    
7. L'Aimant    
8. Le Repos C'Est La Santé    
9. Sachet Blanc (Remix)    
10. Le Shit Squad    
11. Le Soldat    
12. Reste Underground    
13. Je Ne Veux Plus Voir Personne En Harley Davidson    
14. J'Aurais Pu Croire    
15. Je Danse Le Mia (Le Terrible Funk Remix Radio Edit)

    Czy prawdziwemu fanowi rapu trzeba przedstawiać grupę I AM? Klasyka francuskiego hip hopu, zespół, który wywarł podobny wpływ na scenę europejską, co Wu Tang na amerykańską. Shurik'n, Akhenaton, Imhotep, Kephren i DJ Kheops stworzyli nową jakość. Przed sobą mamy ich drugi album - reedeycję w zasadzie, bo pierwszy 'Ombre Est Lumiere' wyszedł jako podwójny, jednak rok później skrócono go do jednego krążka, zostawiając to, co najlepsze. Sprzedano ponad pół miliona egzemplarzy i zaczęła się oszałamiająca kariera I AM - razem i osobno.
    Muzycznie zespół nie stworzył jeszcze niczego wyjątkowego na swoim drugim albumie. To typowo klasyczny hip hop, oparty na samplach z soulu, funku i disco z lat '70 i '80. W sumie nic dziwnego, kiedy w produkcji wspomagał zespół Nick Sansano, który maczał palce w płytach Public Enemy, K-9 Posse, czy Disposable Heroes Of Hiphoprisy - że wymienię tylko tych w klimacie, bo przecież Sansano współtworzył również m.in. dla Sonic youth, Ofra Haza, Manic Street Preachers, czy nawet Queen. W samym zespole za produkcje odpowiedzialni są Imhotep, Kheops i Kephren i razem cała czwórce udało się stworzyć wybuchową mieszankę, która okazała się prawdziwą bombą. Mamy tu uliczne bity z głębokimi basami, odczuwalnymi w trzewiach, sporo sampli z funkowych rzeczy, ale również twórcy zaczęli eksperymentować z muzyka poważną, symfoniczną i innymi gatunkami, rzadziej do tej pory wykorzystywanymi w rapie. Nie stronili jednak wcale od klasyki disco z lat '70, bo przecież singiel, który utorował im drogę do sukcesu, to był 'Je danse le mia', oparty na kawałkach George Bensona i Eddie Kendricksa. To dość twarda, hardkorowa jazda, nowojorski bumbap przepuszczony przez francuską mentalność i geniusz członków I AM.
    Akhenaton, Shurik'n i Freeman to mocno zaangażowani społecznie emce. Wszyscy trzej mają świetne flow, doskonałe głosy i odpowiedni ogień w głosach ('Le feu'). W ich tekstach, bardzo często mówią o polityce, rasizmie i religii - przecież nawet singlowy 'Je danse le mia' wcale nie jest zaproszeniem do tańca tak dosłownie. Wszystko zawoalowane jest w przeróżne historie ze starożytnego Egiptu, czy wręcz Afryki, zresztą, sami członkowie zespołu przyjęli imiona wprost z Egiptu - no, poza Shurik'nem, zafascynowanym z kolei Japonią. Tu pełno jest odniesień do islamu, który okazuje się być niezwykle ważnym askpektem życia dla członków I Am, mającymi w żyłach bardzo różną krew: Akhenaton włosko-muzułmańsko-francuską, Shurik'n z Madagaskaru i okolicznych wysp, Kheops fancusko-hiszpańską, Imhotep algierską. I ten cały tygiel łączy się na Marsie - czyli po prostu w Marsylii, ale tak, czy siak, to bardzo złożony kosmos.
    Ta płyta otworzyła rynek francuski na hip hop. Szlaki przecierali NTM, czy MC Solaar, ale uderzenie I Am dopiero wywaliło wszelakie drzwi i zapoczątkowało boom na rap. Uliczny hymn 'Le shit squad', piętnujący policję, 'Cosmos', czy singlowy hit 'Je danse le mia' znali wszyscy. To jedna z legendarnych płyt, nie tylko francuskich, ale w ogóle ważna dla światowego rapu.

OCENA: 5-\6


niedziela, 22 września 2013

COAST II COAST - THA ALKAHOLIKS

Loud 1995

1. WLIX    feat. LOOTPACK, DECLAIME
2. Read My Lips
3. Let It Out
4. 21 and Under 
5. All the Way Live    feat. Q-TIP, KING TEE 
6. Hit and Run    feat. XZIBIT 
7. DAAAM!   feat. KING TEE
8. 2014
9. Bottoms Up     feat. KING TEE 
10. Flashback    feat. DEVASTATING E, LIL TONE, XZIBIT 
11. The Next Level   feat. DIAMOND D 

    Po silnym debiucie Alkoholików, pszyszedł czas na wejście na 'następny poziom'. J-Ro, Tash i E-Swift zebrali ponownie całą Likwit Crew i uderzyli tak mocno, że płyta dotarła bez mała na szczyty notowań, oba single do tej pory wywołują ciarki, a recenzje w prasie były co najmniej entuzjastyczne.
    Nadwornym producentem grupy jest E-Swift, który potrafi zrobić i party traki, absolutne bangery, ale i tradycyjne kawałki, oparte na fajnych samplach i bujające. Za największe killery na tym albumie odpowiedzialny jest jednak Diamond D - to on wyprodukował przekawałek 'The Next Level', ale i również świetne 'Let it out'. Dziwnym zabiegiem natomiast było umieszczenie na samym wstępie płyty udziwnionego nieco - zwłaszcza jak na tamte czasy, podkładu Madliba do 'WLIX'. Mamy tu więc parę absolutnych hitów, trochę typowych dla Liksów podkładów na funkowo-soulowych samplach, jest odwołanie do oldschoolu w 'Flashback' no i ten wynalazek madlibowy. Uczta.
    Płynni emce poczynili znaczne postępy od ostatniej płyty, choć tematyka nie zmieniła się za bardzo. Jest Tash, który charakterystycznie lekko nie nadąża za bitem. Jest J-Ro, mniej charyzmatyczny, ale z rozpoznawalnym, nieco zachrypiałym głosem i E-Swift z najbardziej chyba płynącym flow. A rymy? To cały bukiet wersów imprezowych oraz bragga i panczy: 'You'se a nigga, everybody diss 'cuz you can't bust this \ You got a bad name like Dick Butkis \ Welcome to the next level of rhyme flowin' \ Scratchin', hookin' up beats and hoe catchin' albo lepsze 'So you must have a locomotive, I mean a crazy reason \ To wanna step up, it's sucker punk season \ Bring it on young one, so you can get done \ I got mo' styles than the miles to the sun \ Ninety-three million, five thousand flows \ And here's one more for the hoes' (gwoli wyjaśnienia: locomotive to lokomotywa, a loco motive to właśnie crazy reason - brylancik). Oczywiście w kilku kawałkach towarzyszy im King Tee, który w zasadzie jest ojcem chrzestnym zespołu, ale oczywiście są tu kolesie z Likwit Crew: Xzibit, Declaime i Loot Pack, no i skoro Coast II Coast, to mamy też osoby z drugiego wybrzeża: Diamnod D i Q-Tip z ATCQ.
    Czy płyta, na której są takie kawałki, jak 'Let it out', 'All the way live', 'Bottoms up', a przede wszystkim 'DAAAM!' i 'The Next Level' może być słaba? O nie. To pieprzony klasyk. Owszem, ma pewne braki i momenty nieznacznego obniżenia lotów, ale cała płyta to kot. Najlepszy album Alkoholików według mnie.

OCENA: 5+\6


niedziela, 2 czerwca 2013

ILLA LP - E.C. ILLA

Wicked 1995

1. Dawn of an Ill Era
2. On Ill
3. Mating Ritual
4. Trillagy   feat. THE LEGENDARY TRAXTER, TOXIC
5. No More
6. Listen     feat. CHAINSAW
7. To the Beat Like This
8. What You Be About?
9. Illa
10. Ill Breakers Anthem
11. Devistate   feat. DIVINE, KAY-TONE
12. It’s That Shit
13. Hardcore Format     feat. CAYEX, MASSIVE
14. Roots in the Chi (Live)   feat. KINGDOM ROCK
15. Underated     feat. DETERMINATION, ECHO, SURFEX
16. I.S.A. To the Last Day

    E.C. Illa to rapper i producent, który w sumie wydał ponad 10 albumów - 'Illa LP' jest jego czwartą solówką. Dzięki tej płycie, sprzedaż osiągnęła kilkadziesiąt tysięcy, Illa stał się rozpoznawalny w Stanach, a nawet miał szansę koncertować z takimi tuzami rapu, jak Wu Tang, Big L i cypress Hill. Ten Białas ma respekt w środowisku dzięki swoim skillsom i tekstom, a na scenie w Chicago nie ma nikogo liczącego się, kto by z nim nie bił piątek.  
    Większość tej przełomowej dla EC Illa płyty wyprodukował sobie sam gospodarz - tylko pięć kawałków zrobił kto inny - mianowicie DJ Riot One z zespołu Tha Chamba, DJ Static, DJ Wayne i Chainsaw. Podkłady są iście podziemne - dość mroczne i oszczędne, oparte na głębokich basach i krótkich samplach wyciągniętych z jazzowych, zadymionych klubów. Płyta ma lekko bluntowy nastrój, bo Illa i Riot One wykorzystują nie tylko loopy z trąbek, czy pianin, ale i różne, podejrzane dźwięki, często niepokojące. Zdarza się nawet, że niektóre podkłady mogą być nieco irytujące (To the beat like this), ale ogólnie to świetna jazda dla fanów hardkoru i podziemnych brzmień.
    EC Illa całą płytę próbuje udowodnić, że ma więcej skillsów, niż niejeden napompowany fejmem czany emce. I w sumie nawet daje radę, bo w takich kawałkach jak 'What you be about?', 'No more' pokazuje wyraźnie, że ma wystarczającą ilość umiejętności, wystarczająco kąśliwe pancze i wystarczająco płynne flow, żeby zrobić wrażenie nawet na Czarnych słuchaczach. Ok, Illa nie oszałamia kaskadami rymów, nie moduluje flow - to typowy podziemny gracz, dla którego słowo 'styl' oznacza tyle, co 'mejkap i szpilki' - dlatego ich nie nosi. Wraz z Illa usłyszeć tu możemy kilku równie głęboko siedzących pod ziemią wykonawców z Detroit - może poza The Legendary Traxter - faktycznie legendą sceny Motor City.
    Dobra, zdaję sobie sprawę, że płyta nie musi być strawna dla większosci fanów hip hopu - zwłaszcza tego nowoczesnego. To stricte rapowa podziemna jazda. Proste, dudniące basem podkłady, rapper łupiący swoje pancze z siłą ckmu, sporo cutów z klasyki hip hopu - przede wszystkim dla fanów hardkoru. Żadnych śpiewanych chórków, brak słodkich melodyjek, zero melancholijnych tematów. Tylko hardkor hip hop.

OCENA: 4-\6


środa, 8 maja 2013

SOLO CREEP - HITMAN

Right Way 1995

1. Mack a Hoe           
2. Mr. Player Hater   feat. N.O.H           
3. I Bet You Bit a Chip           
4. All the Nigga's           
5. Reeper           
6. Deeper And Deeper           
7. G's and Jiggies     feat. IYESHA            
8. Solo Creep           
9. Funk           
10. Would You Know    feat. MR. CEE       
11. You Betta Come Strapped    feat. BLACK C           
12. Cut'em by the LB     feat. HUSTLA MOE, N.O.H         
13. Glock Here, A Glock There      feat. IYESHA       
14. Mr. Sandman

    Klasyczna, bądź, co bądź, grupa RBL Posse ma dużego pecha. Powstała jako trio, ale do dziś żyje już tylko jeden członek grupy - i nie jest nim Hitman, ponieważ zarówno on, jak i Mr. Cee zostali zastrzeleni. Osiem lat po wydaniu tego albumu, Hitman otrzymał kulkę w głowę podczas jazdy samochodem. Pokazuje to doskonale, że RBL Posse to nie byle ciotki, nie żadne studio-gangstas, tylko naprawdę ludzie, którzy mieli coś do powiedzenia na i o ulicy.
    Całość wyprodukował jedyny RBL, żyjący do dziś dnia i nagrywający - Black C. To prawdziwy gangsterski funk, z mnogością piszczał różnego rodzaju, brzęczącymi i wibrującymi basami i powolnym tempem. Bity są ponure, jakby żywcem wzięte z jakiegoś dreszczowca, mające stanowić doskonałe tło dla kryminalnych historii - i tworzą. To właśnie przede wszystkim podkłady robią tu klimat napięcia i wywołują wrażenie zagrożenia. Tylko kilkakrotnie mamy mozliwość odpocząć i się zrelaksować.
    Hitman jest prawdziwym gangsterem, co wyraźnie słychać w tekstach - tak samo, jak to, że rapperem raczej dobrym nie jest. Czasem wczuwa się i potrafi nawinąć przerażająco, ale w większości te teksty raczej bawią: 'I'm a G for gangster, not G for giraffe'. Wersy ociekają krwią frajerów, piszczą opony, świszczą kule. Nie jest to liryka najwyższych lotów, czasem żenuje infantylnością i prostactwem, czasem opowieści są nawet niezłe, ale nie jet to nic wielkiego. Jest też trochę gości - przede wszystkim kumple z RBL Posse: Black C i Mr Cee, ale i są gangsterzy z N.O.H., nie znany mi bliżej Hustla Moe i śpiewająca Iyesha.
    Kolejna, zwyczajna gangsterska płyta, gdzie podkłady są o wiele lepsze niż rapper, który zazwyczaj okazuje się zwyczajnym penerem, któremu mało wrażeń na majku, więc bawi się w gangsterkę. Jak taka zabawa się kończy - widać na przykładzie Hitmana - kulką w łeb. Średnia płyta g-funkowa, dla koneserów gatunku.

OCENA: 3-\6


niedziela, 14 kwietnia 2013

BROTHERS ARE DROPPEN - 7 OVER 6

So Serious 1995

1. Get Up
2. We Conquered Many
3. More Than Meets The Eye
4. Brothers Are Droppen
5. Outro

    To jedna z takich płyt, które wyszły w danym czasie w określonym miejscu i słuch o nich zaginą. Dopiero po kilkunastu latach ktoś wpada na egzemplarz w antykwariacie i się zajara... Dwóch kolesi z Kansas City, Don Juan i Alfred Hamilton Jr. są właśnie taką grupą. Nagrali, wydali, zniknęli...
    Sami sobie wyprodukowali cały krążek - w zasadzie to Don Juan robił bity z pomocą Alfreda. Dostajemy tu potężne brzmienie podziemnego g-funku. Brzęczące basy, podkręcone perkusje, sample z płyt z funkiem lat '70, piszczały i ogólnie klimat skaczących lowriderów wraz z zasłoniętymi mordami z uzi w ręku wewnątrz. Krótko, ale treściwie i bujająco.
    Lirycznie to taki sam styl, jak muzyka - obie części pasują do siebie jak sedes do dupy. Chociaż, dupa może kojarzyć się pejoratywnie, a tu jest po prostu fajnie. Kryminalne opowiastki z mrocznych ulic Kansas City opowiadane są całkiem przyjemnym głosem i flow. Jasne, że ciężko tu o fajerwerki i olśniewające wersy - to po prostu g-funkowa średnia, ale zbierając wszystko do kupy (to taki follow up do porównania o dupie i sedesie), otrzymujemy niezwykle przyjemną płytę.
    Owszem, to tylko 5 kawałków, ale są to traki mocno esencjonalne, świetne do samochodu, lub szwendania się po mieście. Gęsty funk, mocne teksty, jednak nie epatujące zbędną wrogością, tylko na zimno opisujące rzeczywistość. To już 18 lat, ale lubię czasem wrócić do tego krążka...

OCENA: 5-\6


sobota, 6 kwietnia 2013

PSYCHOSE - TIMIDE & SANS COMPLEXE

A Donf' 1995

1. Le 20 Heures De La Cité     
2. Hardcore    feat. METO
3. Ennemi     feat. DJ KEAD, DEBILE SAS, DODO, METO
4. Les Keufs          
5. Demoniac    feat. METO
6. J'Me Véner         
7. Kiff Sur La Musique      
8. Tcheck Ca Comme Ca          
9. Respecte L'Homme         
10. Wicked     feat. METO
11. Dreadlocks    
12. Tu Tombe Dans Le Vice          
13. Peur De La Ville          
14. La Violence         
15. Le Feu Dans Le Ghetto 2     feat. METO
16. Ruffneck         
17. Rebel     feat. BLACK BLADA, BOOGOTOP
18. Je Les Emmerde

    To już trzeci, dość znany album grupy, dzięki której duet Doudou Masta i Doc Sky stali się całkiem popularnymi rapperami we Francji. Po tej płycie ich drogi się rozdzieliły i obaj zaczęli nagrywać albumy solowe, ale na początku lat '90 święcili triumfy jako bezkompromisowa, ostra rap grupa. 
    Producenci, którzy zajęli się produkcją, to Bruno Garcia, Charles Hurbier, Daniel Florean, Laurent Jeanne. Producenci, przyznam, poza tym pierwszym, dość przypadkowi, co trochę znajduje odbicie w bitach. Wszyscy zajmowali się produkcją nie tylko hiphopową, ale i house, afrykańskiej muzyki, jazzu, ambientu i Bóg wie czego jeszcze. Jednak muzyka na płycie to typowy hardkorowy rap rodem ze slumsów Nowego Jorku. Twarde perkusje, zawinięte w kółko sample, niepokojące dźwięki w tle. W latach '90 poza Francją byli popularni raczej NTM, MC Solaar, Assassin, nie wspominając już o I Am i wszyscy oni, choć prezentowali podobny w miarę styl, byli o niebo lepsi.
    Lirycznie to też nic odkrywczego: psychiczne akcje w ulicznym i socjologicznym sosie, podlane politycznymi wstawkami. Do tego te malunki na twarzach, mające dodawać oryginalności i mocy afrykańskich szamanów... Doudou Masta potrafi i zarymować zachrypłym głosem i toastować, co czyni go emce raczej uniwersalnego, Doc Sky również ma całkiem ciężki growling. Generalnie wszystko tu warczy, charcze, rzęzi i łupie w łeb. Przy czym chłopcy czerpią sporo z dokonań amerykańskich kolegów, często kogoś cytując lub wręcz podrabiając styl. Jest kilka lepszych kawałków (np. 'Ruffneck'), ale większość płyty przelatuje, zwinięta w jedną, kolczastą i chropowatą kulkę.
    Nie jest to żadne objawienie sceny francuskiej. Tak, Doudou Masta dał radę się wybić, choć od 10 lat jest raczej aktorem, niż rapperem. Doc Sky jest kojarzony jedynie z zespołu i nie wiem nawet, czy coś jeszcze nagrywa - nie słyszałem. Zwyczajna płyta tego okresu z Francji, niczym nie zaskakuje, a może drażnić wrzaskiem. Średnie.

OCENA: 3\6