RAP AROUND THE WORLD

Ta strona poświęcona jest rapowi z całego świata. W hip hopie siedzę ponad 25 lat, zbieram płyty i nie ściągam ich z netu - chyba, że są to nielegale. Moja kolekcja płyt sięga ponad 15.000 sztuk - muszę chyba kupić większe mieszkanie, aby jeden pokój przeznaczyć TYLKO na płyty CD :) Nie spodziewaj się linków z downloadem - na pewno gdzieś sobie daną płytę znajdziesz - nie tu. I nie spodziewaj się też wielu nowości - ostatnio hip hop śmierdzi. Spodziewaj się za to recenzji rapu z ponad 100 krajów, albumów takich bardziej znanych i takich, o których słyszysz po raz pierwszy - może po taką płytę sięgniesz? Zapraszam na podróż po świecie hip hopu.
## Na dole dodałem flagi, żeby łatwiej było znaleźć coś z odpowiedniego kraju :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2009. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2009. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 9 lutego 2014

BROAD DAYLIGHT - THE JACKA

Town 2009

1. Intro 
2. We Mafia feat. YUNG LOTT
3. Coulda Did Better   feat. T-WAYNE
4. Have You No Fear   feat. JOE BLOW
5. All In The Game  feat. B-TOWN MAC, FLEETWOOD LOW, K-DUBB
6. The Block   feat. LEE MAJORS, B-TOWN MAC
7. Crazy Here   feat. JOE BLOW
8. Ballervard feat. KEAK DA SNEAK, AGERMAN, EXTREME
9. Interlude
10. Fly High feat. SHADY NATE, B-TOWN MAC, PIMP TONE
11. Ham Sammich feat. JOE BLOW, T-WAYNE
12. Try To Let Go  feat. KAFANI, NETTA B, B-TOWN MAC
13. Don't Wanna Hear About It feat. CHINO NING, B-TOWN MAC, D-DOSIA
14. Outro 

    Szósta płyta członka Mob Figaz może nie stała się sukcesem komercyjnym, ale zebrała bardzo pozytywne recenzje od fanów. Może i albumy od Mob Figaz nie osiągają zawrotnej sprzedaży, ale mają ogromny szacunek fanów - w przypadku The Jacka, głównie poza Bay Area, czyli akurat nie tam gdzie mieszka... 
    Przyznać trzeba, że muzycznie płyta jest niezwykle przyjemna. Za większość podkładów odpowiada Cozmo, cztery podkłady dał D-Dosia, a jeden One Drop Scott (lekko soulujący 'Try To Let Go'). To dość spokojna jazda, całkiem typowa dla Bay Area: nieco laidbackowa, ale w dobrym tempie. Tak naprawdę, to do mnie trafiają tu przede wszystkim kawałki od D-Dosia - szczególnie fantastyczny 'All in the game', nieco groźny 'The block', nowoczesny, wręcz trapowy 'Fly high' i jedyny, który mi się nie podoba - popowy 'Don't Wanna Hear About It'. Bo Cozmo z kolei to zdecydowanie luźne i spokojne traki, które wprowadzają w stan lekkiego bujania, tożsamego z palmami muskanymi oceaniczną bryzą. Niestety, ku końcowi albumu zaczyna się robić coraz bardziej nowocześnie i ciśnienie nieco skacze - nie z powodu przyspieszenia tempa, ale dlatego, że ów wyluzowany klimat pryska wraz z zawodzeniem syntezatorów, zwłaszcza we wkurwiającym 'Ham Sammich'.   
    Nie powiem, że The Jacka rzuci na kolana swoim stylem. Ma dość kiepski i słaby głos, a flow jest bardzo wyluzowany i czasem wręcz zlewa się w jedną linię. Owszem, dzięki temu Jacka się jakoś wyróżnia i da się go rozpoznać pomiędzy członkami Mob Figaz, ale to nie jest rapper zachwycający techniką, czy stylem. Nie oszukujmy się zresztą, ten taki slow-flow jest charakterystyczny dla tego zakątka Stanów i ci gracze ze średniej półki brzmią raczej podobnie. Patrząc również na gości, większość z nich różni się przede wszystkim głosem, bo techniką tylko w detalach... Joe Blow jest słaby, Lee Majors ma fajny, zdarty głos, K-Dubb daje radę, legendarny wręcz Keak Da Sneak leci jak zazwyczaj - do niego trzeba przywyknąć, bo albo się go lubi albo nie znosi. Na pozostałych gości można spokojnie spuścić zasłonę milczenia. O czym jest płyta? Głównie o życiu on 'the block' w słonecznej Kaliforni. To co zwykle, haslowanie, jesteśmy jedna mafią i wszystko zostaje w grze, bawimy się, jaramy i jesteśmy groźni... Zresztą, po co się wysilam, spójrzcie na tytuły, one powiedzą wszystko. Jeśli wsłuchamy się jednak głębiej, dowiemy się o przemianie duchowej Jacka, który został muzułmaninem i zmienił nazwisko, a także nieco o jego ambicjach i życiu. Taki możliwy, rzemieślniczy rap.
    'Broad Daylight to całkiem przyjemna płyta - powiedziałbym, że w 75% bardzo dobra. Głównie muzycznie, jednak Jacka daje radę udźwignąć mikrofon i wcale nie chcesz go wyłączyć. Jest tu kilka bardzo fajnych numerów, w tym mój ulubiony 'All in the game', ale z drugiej strony, jest tu jeden kawałek, którego tytuł doskonale podsumowuje płytę: 'Coulda did better'... I tyle w temacie. Płyta dla fanów melodyjnego Westu i Bay Area. Ja osobiście całkiem lubię.

OCENA: 4-\6


poniedziałek, 20 stycznia 2014

MATERIA PARA EXPERTOS - SARKAEZ MC

nielegal 2009

1. Exordio
2. Materia para Expertos
3. Frases en un cofre
4. Interludio ’Tay jijopiando’
5. Domador de Palabras
6. Teoría del error
7. Ya no podrán
8. Interludio √4
9. Rimas
10. Un paso más (Eutanasia Verbal Crew)
11. Materia con sentido  feat. NATURALES ESTYLO
12. Despecho   feat. BAJOASFALTO
13. Cognición
14. Epílogo

    Chilijska scena rap to przede wszystkim drugi obieg. Nie jestem w stanie stwierdzić, ile rzeczy wychodzi na legalu, ale szacuję, że może 20%. Większość albumów wychodzi na nielegalu, dostępne są w sieci albo na przegrywanych cdkach. Taki jest też Sarkaez MC, młody, bo niespełna 20-letni rapper z miasta Osorno, zajmujący się nie tylko rapem, ale i graffiti.
    Nie mogę zorientować się, kto robił muzykę, ale mam wrażenie, że to sam Sarkaez w połączeniu z kolegą Felipe (łorewa) produkują swoje bity. To takie typowo chilijskie podkłady - podziemny hardkor, bazujący na mocnych perkusjach i samplach. Ale o ile Amerykanie, czy inne teoretycznie zaawansowane sceny rapowe, bazują na soulu i funku, to tutaj mamy pętle ściągnięte z muzyki ludowej, czy też poważnej - wszystkiego, co się uda znaleźć w Andach. dlatego nie mogą dziwić dziwaczne dla nas instrumenty lub melodie, ale pamiętajmy, że to totalnie druga strona globu. Wystarczy, że te bity są raczej niepowtarzalne i brzmią klasycznie i hardkorowo, coś w stylu underground NY'95. Perkusja, pętla, rapper.
    A rapper jest naprawdę niezły. Ma fajne patenty, dobry głos, flow płynący sprawnie wraz z pętlą i dość ciekawe teksty. To przede wszystkim rozkminki na temat życia i jego aspektów. Ciężko czasem wejść w niuanse, bo chilijska wersja hiszpańskiego, do tego z dodatkami slangowymi, czasem potrafi zamieszać w głowie i nie wszędzie dobrze wiedziałem, o co chodzi. Jednakże to materiał rzeczywiście dla ekspertów, bo Sarkaez, to słychać, zna się na rzeczy i sam, mimo młodego wieku, jest ekspertem w tym co robi. Dobry kawał rapu.
    Dzięki temu, że chilijska scena nie jest zmanierowana przez biznes, mamy tu multum prawdziwego, szczerego rapu, bez pudru i rzucania kasą. To prawdziwy rap, bo robiony jest z potrzeby serca, a nie dla kasy, bo i tak wychodzi na nielegalu i każdy może sobie te nagrania ściągnąć. Osobiście bardzo lubię scenę południowoamerykańską, bo nie dość, że podkłady są klasyczne, to jeszcze oparte na niespotykanej nigdzie indziej muzyce. Sarkaez do tego jest bardzo sprawnym emce i wykonał naprawdę kawał dobrej roboty.

OCENA: 4+\6


niedziela, 29 grudnia 2013

100% PROOF - DRASTIC THA ONE

Hi Power 2009

1. True Fella (Intro)
2. Keep It Low
3. 100 Proof
4. Is What It Is    feat. SNOOP DOGG
5. Swagg by tha Bagg   feat. JOHN HOLIDAY, TAVIO
6. Throw It Up     feat. WOODY PENA
7. Drank in My Cup
8. No Love     feat. TAVIO
9. Same O.G.
10. Came 2 Play    feat. ROSCOE UMALI
11. Champion
12. Long Road   feat. ALLISON LANFORD
13. If I Die Tonight
14. Every Fear
15. Demon on My Shoulder
16. Wonder
17. Dear Mr.. Officer [*]

    Latynoska diaspora w Kalifornii jest spora, a duża część ludzi zajmujących się rapem, związana jest z wytwórnią Hi Power Entertainment. To pierwszy i jak dotąd jedyny album Drastica, i nie jest on żadnym z głównych graczy Hi Power, raczej młodym wilkiem (Dawg?), więc i promocja jest mniejsza - płyta poszła głównie dla hombres en las calles. Zresztą, Hi Power daje tylko dystrybucję, bo to przede wszystkim True Fella Records.
    Wkładając do odtwarzacza nową płytę jakiegoś latynoskiego, wydziaranego gangstera, zawsze mam pewne obawy - do której grupy zalicza się płyta. Może to być ostry, funkowy rap, pełen kul i trupów albo 'oldies', czyli rozlazły, latynowski romans, niebezpiecznie bliski naszemu disco polo. Na szczęście to ten pierwszy gatunek. Perkusje są dość typowe dla gatunku, rozpowszechnione przez Kid Frosta i podchwycone przez szefów Hi Power: Mr. Criminal i Mr. Capone-E. To takie łup-klask-łup-klask, a na tych perkusjach mamy krwisty funk latynoski, pełen pisków, brzdąkań i brzęczących basów. Zdarza się również coś do klubu, jak 'Came 2 play', przy którym dupa sama macha pośladami. Kawałek zrobiony według najsłuszniejszych kanonów klubowego hitu. Refreny często podkręcane są vocoderem w stylu Roger Zapp i gdybym usłyszał sam podkład, bez rappera i tak byłbym pewien, że to jakiś Latynos.
    Drastic wyróżnia się spośród rzeszy latynoraperów tym, że mówi po angielsku bardzo dobrze. Co więcej, nie wplata i nie łączy angielskiego i hiszpańskiego, tylko jedzie cały czas w jednym. Za to tematyka jest oklepana do bólu: porachunki gangsterskie na słonecznych ulicach Kalifornii, reprezentowanie swojego rejonu i kliki, gangstas need love too, a wszystko, co nie tak, to przez tego drinka w dłoni. Drastic nie jest złym tekściarzem, ani nie ma słabego flow, ale... jest dość przeciętny i wcale nie pomaga tu obecność Snoop Dogga, ani rzesza śpiewaków. Jest przeciętnie. Pomimo tej zwyczajności, na pierwszy plan, i muzycznie i lirycznie, wybija się kawałek zamykający płytę, 'Dear Mr.. Officer [*]' - przyznam, że poruszający.
    W sumie, płyta jest taka, jakich słyszałem już setki - ani słaba, ani wybitna. Ot, można posłuchać, znaleźć 'Dear Mr.. Officer' i 'Came 2 play', a nawet 'Drank in my cup'. Płyta ujdzie, nawet da się posłuchać od czasu do czasu. Spoko latino gangsta funk.

OCENA: 3\6


niedziela, 1 grudnia 2013

A WORD TO THE WISE - DJ MITSU THE BEATS

Planetgroove 2009

1. Intro
2. A Word to the Wise feat. GRAP LUVA
3. Ridin' Around feat. KEV BROWN, CY YOUNG
4. Big Supply feat. LMNO
5. Playin' Wit Crime  feat. MASPYKE
6. Promise in Love feat. JOSE JAMES
7. Night in Vienna
8. The Way feat. COLONEL RED
9. Hard Candy   feat. MATHEMATIK, SAUKRATES
10. The Game Changer   feat. WILDCHILD, GEORGIA ANN MULDROW
11. Free Your Mind   feat. BLACK SPADE
12. Tokyo Girls   feat. MASPYKE
13. Get'em Up   feat. ELZHI
14. Dim Skyline
15. Impulse feat. MATHEMATIK
16. Re-Estimate
17. Ex Lovers feat. DYNAMIC DUO
18. Playin' Again   feat. IVANA SANTILL

    W Japonii jest sporo utalentowanych producentów. Jednym z nich jest właśnie DJ Mitsu The Beats, który już od ponad 10 lat działa na scenie. W związku z tym, że nie rymuje, tylko robi bity, miał szansę wypłynąć na cały świat - mamy przed sobą jego trzecią płytę długogrającą, płytę producencką, na której Mitsu zgromadził zdolne postaci z różnych stron świata.
    Mitsu jest mistrzem, jeśli chodzi o soulowe, korzenne podkłady. Soulowe nie należy rozumieć, że jest to r&b albo jakieś rozlazłe gnioty! Wręcz przeciwnie, Mitsu czerpie całymi garściami z muzyki soul, ale także z jazzu i funku, wybierając sample, które ani nie są zwyczajne, ani nie są zwyczajnie przycięte. Choć ciekawe jest to, ze kiedy wchodzą skrecze (tylko przy LMNO), okazuje się, że robił je LD, a nie sam producent, mimo, że jest DJem. Mamy tu więc perkusje, brzmiące na żywe, instrumenty, takie jak trąbki i klawisze, a nawet flet, wszystko grane przez uznanych muzyków, takich jak nowozelandzki klawiszowiec Mark De Clive-Lowe, czy japoński trębacz Takuya Kuroda. Owszem, to świetna muzyka, pełna duszy i ciepła, znacznie wykraczająca poza szufladkę z napisem hip hop, zwłaszcza w ostatnich latach. Ta muzyka to odtrutka na pseudorapowy syf w mediach. Robota geniusza.
    Sukcesem dobrej płyty, oprócz samej muzyki, jest dobór wokalistów, bo ci mogą albo wynieść album na wyżyny albo go pogrzebać żywcem. Gdyby Mitsu dobrał sobie kiepskich wokalistów, cały jego wysiłek byłby nie dostrzeżony. Na szczęście tak nie jest. Mamy tu mieszankę ludzi z kilku krajów, który znakomicie wpasowali się w klimat albumu. Ze Stanów dostajemy śmietankę podziemnego rapu głównie z Zachodniego Wybrzeża i traki takich ludzi jak LMNO, Maspyke, żony Declaime'a - Georgii Ann Muldrow i Wildchilda, czy Kev Brown to majstersztyk. Absolutnie gorzej nie wypadają kanadyjscy rapperzy - Mathematik, Saukrates, ani soulowa wokalistka Ivana Santill. Kolorytu dodaje występ brytyjskiego funkowca, Colonel Red'a, a na deser otrzymujemy koreański zespół Dynamic Duo. Jest różnorodnie, ciekawie i to wszystko ma duszę.
    Jak już wspomniałem, traktuję ten krążek jako antidotum na tandetę. Wspaniała, prawdziwa płyta producencka, z pięknymi bitami i dobrym słowem. Czego można chcieć więcej? Może tyle, żeby płyt Mitsu nie trzeba było ściągać z zagranicy za grubą kasę. Ja ze swej strony polecam ten krążek gorąco, bo jest tu czego słuchać!

OCNENA: 5+\6  


piątek, 29 listopada 2013

COMING TO YOU LIVE - P-LIVE

Protekted 2009

1. Reach on 'Em
2. I Wanna Win
3. Get Money   feat. THE CHAKFATHER
4. Like Me
5. Get Low   feat. THE CHAKFATHER
6. Dak Dak Dak
7. Good 2 You
8. My Nigg'
9. Doin' My Thang    feat. JUAN, SWAMP DOGG
10. Animal
11. Fresh 2 Def
12. My Strength    feat. ANSON DAWKINS
13. Go Home

    Kim jest P-Live? Hmmm, to dość niecodzienna persona, bo iluż rapperów - kucharzy mamy na scenie, nawet tej światowej? Poza tym działa na rzecz młodzieży z Detroit i w ogóle jest dość zapracowanym człowiekiem. Obecnie zajmuje się swoją restauracją, my jednak skupimy się na jego debiucie sprzed kilku lat, 'Coming To You Live'.
    Nie wiem, czy komuś powiedzą cokolwiek producenci, dający podkłady na płytę. Są to Steven Simpson, DeWitt Moore, The ChakFather i Tian i dają oni muzę wprawdzie nowoczesną, ale nie zmanierowaną trapami i dubstepem, tylko po prostu jest to hip hop z XXI wieku. Przy czym należy zaznaczyć, że muzyka jest zróżnicowana, bo mamy tu spory przekrój, od funkowo-soulowych  'Get money', przez bangery 'Reach on'em', agresywne, południowe traki jak 'Doin' My Thang', do spokojnych 'Dak dak dak'. Kolejnym atutem jest wykorzystywanie przez producentów wielu żywych instrumentów, co znacznie wzbogaca materiał i czyni słuchanie bardziej interesującym.
    P-Live to dość dobry rapper, choć nie jest pozbawiony swego rodzaju zepsucia i maniery 'blingowej'. Jego styl to wypadkowa między Memphis Bleek'iem, a Jay-Z, co nie jest aż takie złe, bo chłopak ogarnia majka wystarczająco dobrze, żeby nie wnikając w teksty, dobrze się bawić. Jednak gorzej, kiedy zagłębimy się w to, co mówi. Bo tutaj dominuje pustynia w większości kawałków, bo ileż można nawijać o kasie i dążeniu do sukcesu? Wyjątkiem są całkiem sprytnie pociągnięte storytellingi (np. 'Animal'), czy bragga ('Fresh 2 def') i może parę innych wejść. Nie jest to tak fatalne, jakby mogło się wydawać, ale z drugiej strony P-Live nie mówi o niczym nowym, i w sposób zupełnie nie odmienny od reszty. Z trzeciej strony z kolei, koleś jest i tak o niebo lepszy od całej rzeszy rapperów. W końcu szkoła rapu z Detroit, tak?
    Dzięki temu wszystkiemu, otrzymujemy całkiem przyjemną płytę środka. Taką typową dla końca poprzedniej dekady, zorientowaną gdzieś pomiędzy NY, a Atlantą. Słucha się tego dobrze, zwłaszcza, że producenci lubią używać fajnych, własnych brzmień, a rapper ma spore aspiracje. No i te soulowe wejścia Dawkinsa (świetny 'My strength'!) i ChakFathera :) Naprawdę sympatyczny krążek.

OCENA: 4\6


niedziela, 8 września 2013

VARIOUS SONGS - DAN LAMBERT

darmowy mixtape 2009

1. Ain't a game
2. I'm lost
3. Kent
4. Labyrinth
5. My world
6. Never Shut up
7. Wanna be big
8. Why hip hop is tainted
9. Woops
10. You don't know me

    Kim jest Dan Lambert? To zwykły koleś, który chciał sobie nagrać swoje wersy, więc ściągną trochę podkładów i zarymował swoje wersy. I okazało się, że koleś narobił sporo szumu na podziemnych forach, a ludzie słali propsy
    Na temat podkładów nie ma co rozprawiać, ponieważ wszystkie, poza jednym, zostały po prostu 'skradzione', jak mówi sam Lambert. Przekrój zainteresowań Dana jest całkiem spory, bo mamy tu podkłady zawinięte Jay Z, Black Moon, czy Pharoahe Monch, jak i totalnie podziemne traki, które gniotą ciężarem. Niektóre kawałki są dokończone, niektóre urywają się w mało oczekiwanym momencie. Tylko 'Woops' wyprodukowane zostało przez samego autora, chociaż tak naprawdę jest to zawinięty rockowy dla odmiany kawałek.   
    Za to na podwórku lirycznym, mamy coś na co warto zwrócić uwagę. JAk mówi Lambert, ten projekt to tylko ćwiczenie, próbka jego możliwości, bo 'when i was 14 i had microphone on my wish list for X-mass'. Rymowanie zawsze było w sferze zainteresowań Lamberta, 'so fuck school I'm here writing punchlines'. I bardzo dobrze, bo chłopak, nie dość, że posiada skillsy, to składa świetne rymy. Dan ma doskonałe flow, widać, że przećwiczone od dawna, a do tego pancze, których nie powstydziłaby się żadna gwiazda. Opowie Ci, czemu rap stał się tandetny i jak to on go może uratować oraz poda Ci kilka wersów na temat siebie samego. Tak, zdecydowanie jest to postać na którą warto zwrócić uwagę ze względu na swoje liryczne i techniczne skillsy.
    Warto przeglądać fora miłośników rapu z różnych krajów, bo czasem trafi się na prawdziwe perełki. Dan Lambert to taki nieoszlifowany diament brytyjskiego podziemia. Ot, chłopak wymyślił sobie, że nagra te kilkadziesiąt wersów, co napisał przez kilka miesięcy i wrzucił to do sieci. Odzew pewnie go zaskoczył i ja osobiście czekam na płytę na oryginalnych podkładach, bo dopiero wtedy można ocenić kogoś wymiernie. Na razie tylko 4, ale z tym potencjałem, gdyby na własnych bitach...

OCENA: 4\6


czwartek, 29 sierpnia 2013

FAMILY REUNION - MANSON FAMILY

Frontline Muzik 2009

1. Intro
2. When We Ride
3. Gram Afta Gram
4. Getcha Off'd
5. Stop Calling
6. Beef
7. Fuck Da Police
8. Manson Niggaz
9. Worldwide
10. Fake Killaz
11. In Tha Crowd     feat. DJ SQUEEKY
12. 4 Da Money
13. What's It Worth   feat. SHANE GUTTA
14. Real Chick    feat. DANAE
15. Strapped
16. Losing My Mind    feat. BOSS BYTCH, YOUNGIN

    To w zasadzie piąty album Manson Family, jednej z bardziej szanowanych grup podziemia Memphis. Kto się orientuje, samo słowo 'Memphis' powinno naprowadzić na styl zespołu. Najbardziej znany członek rodziny, Tommy Wright III wypuścił wszystkie poprzednie albumy i dalej wspomaga kolegów z grupy: Lil Jack, John Doe, C-Rock, Lil Sko, Young Koke i Mr. Maceo.
    Mr. Maceo jest jedynym producentem grupy, zatem to on wykonał wszelkie podkłady na ten krążek. Są to agresywne bity, atakujące uszy wściekłymi sekwencjami hajhetów, których absolutnie nie łagodzą sample (nawet z muzyki klasycznej!), ani syntezatorowe melodyjki. Wręcz przeciwnie, czasem jeszcze nakręcają ową agresję, powodując, że człowiek czuje się wściekły (ten, któremu się podoba, ma szalony power, ten, któremu się nie podoba, czuje wściekłość, że słucha tego gówna - ale to tak na marginesie). Wszystko leci na równym poziomie, jak włączysz pierwszy trak, kończy się na ostatnim i nie czujesz, że coś się kończyło, a co innego zaczynało. Ma to swoją zaletę, bo płyta jest spójna (w końcu to tylko jeden producent) i jeśli ktoś to lubi, to będzie zachwycony. Ja osobiście nie mam nic przeciwko i przyznam, że klimat thrillera kryminalnego sprawdza się tu doskonale.
    Równie agresywni są rapperzy. Jak to zwykle z podziemiem bywa, są to kolesie mający znacznie więcej skillsów, niż te okrzyczane tuzy miejscowej sceny, choćby Three 6 Mafia. Technicznie przede wszystkim, bo lirycznie to pedant do muzyki - wściekłe teksty pełne przemocy to coś przy czym spokojnie możesz wyjść na miasto i zacząć mordować. Teksty mówią przede wszystkim o przestępstwach, zabijaniu słabych czarnuchów, kasie i dziwkach. Z równym zapałem pierdolą policję, co kurwy z osiedla. Oczywiście, trzeba to wszystko brać z dystansem, słuchać tak, jakby oglądało się film sensacyjny, bo inaczej to będzie mało zjadliwe. No bo czy taki refren, jak: 'we all in the crowd sayin stomp that nigga, beat that nigga, buck that nigga, we all in the crowd sayin whoop that bitch, kill that bitch, shake that bitch' może być uznany za przejaw zdrowego rozsądku? Bzdura, jasne, że to poza i tak to trzeba odbierać. Jak kryminał w tv. Rodzina Mansonów zaprosiła na płytę również kilku gości. Jest tu słynny w okolicach dj, promotor i rapper DJ Squeeky - nie oszukujmy się, marny składacz rymów. Shane Gutta ma ciekawy głos, ale flow lekko anemiczne. Danae to śpiewająca (dość marnie) panna, Boss Bytch to rymująca sucz, której nie chcesz spotkać na ulicy, a Youngin zaś ze swoim zdartym wokalem wprowadza nieco akcji typu Freddie Kruger.
    Powtarzam po raz ostatni - tych płyt nie należy brać na poważnie, a słuchać niczym 'crime stories'. Potraktować jak książkę lub film. I jeżeli będziemy brali ten album w tych kategoriach, okaże się, że jest to całkiem niezła pozycja. Giną ludzie, koks przechodzi z rąk do rąk, samochody wylatują w powietrze, suki machają pośladami w klubach. Życie półświatka poddane siedemdziesięciominutowej obserwacji. nie przeszkadzają mi cykacze (czasem lubię), klimat płyty jest akuratny, nie wadzi krew spływająca z głośników. Taki durrty souf thriller.        

OCENA: 4\6


piątek, 26 kwietnia 2013

SHOCK VALUE II - TIMBALAND

Blackground 2009

1. Intro 
2. Carry Out   feat. JUSTIN TIMBERLAKE
3. Lose Control   feat. JOJO
4. Meet In Tha Middle   feat. BRAN' NU
5. Say Something   feat. DRAKE
6. Tomorrow In The Bottle   feat. CHAD KROEGER, SEBASTIAN
7. We Belong To The Music   feat. MILEY CYRUS
8. Morming After Dark    feat. NELLY FURTADO, SO SHY
9. If We Ever Meet Again   feat. KATY PERRY
10. Can You Feel It   feat. ESTHERO, SEBASTIAN
11. Ease Off The Liquor
12. Undertow    feat. THE FRAY, ESTHERO
13. Timothy Where You Been    feat. JET
14. Long Way Down   feat. DAUGHTRY
15. Marchin On    feat. ONE REPUBLIC
16. The One I Love   feat. KERI HILSON, D.O.E.
17. Symphony    feat. ATTITUDE, BRAN' NU, DO.E.

    Timbaland chce sięgać gdzieś dalej, niż poletko hip hopowe, na którym osiągnął już własciwie wszystko. Poprzednie płyty wyeksploatowały materiał, można było tylko powielać schemat. Dlatego Timbo sięgnął po coś więcej. Jego trzecia płyta solowa to album w zasadzie producencki, na który zaprosił gwiazdy popu i mainstreamu. Chodziło o kasę? Przecież ma jej tyle, że może się nią podcierać. To chyba coś więcej - ambicja. Ambicja producenta rapowego, który nie chce być szufladkowany w żaden sposób.
    Tim zawsze był do przodu, zawsze jego produkcje odznaczały się progresywnością i były o krok przed innymi. Timba wyznaczał standardy. Na 'Shock Value II' wydaje się, że zjadł swój własny ogon, produkując kawałki już nie futurystyczne, ale idące w ślad za ostatnimi trendami. Są to podkłady czerpiące wiadrami z elektronicznych brzmień, jakie są od paru lat wszechobecne w popie i rapie. Nawet czasem przebojowe i fajne, ale plastikowe jak fabryka plażowych grabek. W sumie brzmi to tym razem jak jakakolwiek inna płyta popowa z tego okresu. Nawet nie hip hopowa. Pop czystej wody.
    Wprawdzie Timbo rapuje w prawie każdym kawałku, prawie każdy kawałek ma gości. Na płycie znalazł się też Drake - rozmymłany kanadyjski pseudorapper, a także rapuje tu piosenkarka r&b Brandy, jako Bran' Nu, ale to koniec związków z hip hopem. Aha, zapomniałbym o niejakim Sebastianie. Obecność Justina Timberlake i Nelly Furtado jest tu jak najbardziej usprawiedliwiona, bo przecież Timbaland z nimi blisko współpracuje, natomiast co chciał osiągnąć producent, zapraszając na album Miley Cyrus, Katy Perry i One Republic? Tego nie pojmę. Nowy target - 13-latki? Po co to chłopu? Poza nimi mamy jeszcze rockowe grupy: The Fray, australijskie Jet, zwycięzców amerykańskiego Idola Daughtry, Nickelbag i paru innych wykonawców. Z tego wszystkiego nieźle wypadli Justin, Bran'Nu, Chad Kroeger z Nickelbag, czy (o zgrozo!) One Republic. Masakrę za to popełnili Kate Perry, Miley Cyrus, Jet jak i kilku innych wykonawców, których nie bardzo da się słuchać. Najbardziej do mnie przemówił 'Symphony' - follow up do klasyka od Marley Marla. Może dlatego, że to najbardziej hip hopowy kawałek na albumie.      
    Rozczarowałem się kosmicznie. 'Shock Value' był świetna płytą mi katowałem ją ostro, ale na części drugiej Timba zmienił zupełnie recepturę. Poszedł w stronę popu, zaprosił gwiazdeczki muzyki... Lipa. To nie jest to, za co lubiłem Timbę.

OCENA: 2+\6


sobota, 9 marca 2013

A LOVE SUPREME - U-N-I

U-N-I 2009

1 My Life
2 Windows
3 Supreme
4 Hollywood Hiatus
5 Lately
6 Pulp Fiction Part 1 feat. FASHAWN
7 The Grudge
8 Voltron
9 Stylin
10 Hammertime
11 Calendar Girls
12 Lauren London
13 Black Sky
14 Halftime
15 A Love Supreme

    U-N-I To The Verse to duet z Inglewood pod LA: Y-O i Thurzday. Chłopcy poznali się w szkole i, zachwyceni twórczością The Roots, postanowili zacząć robić swój własny, korzenny hip hop.
    Muzycznie, całość przyprawił Ro Blvd i, jak wynika z zainteresowań członków zespołu, jest to muzyka inspirowana dokonaniami The Roots, ale przesunięta w nieco inną stronę, niż podążają ich idole. To ambitne podkłady, wykorzystujące mniej sampli, a więcej instrumentów - nie powiem, że żywych, ale przynajmniej klawiszowych - organy i inne syntezatory, które tworzą unikalny styl Ro Blvd. Potrafi on zrobić klasyczny, hip hopowy podkład, ale również stworzyć wyszukany bit pod coś ciekawszego w formie, jak np. w 'Hammertime'. Jest to zdecydowanie jeden z bardziej intrygujących producentów, nie tylko w Kalifornii, ale i w ogóle na świecie, chociaż nie wszystkie podkłady przypadły mi do gustu.
    Gdyby na bitach Ro występowali kiepscy emce, może wrażenie byłoby słabe, ale na szczęście Y-O i Thurzday są wystarczająco dobrzy, żeby dźwignąć ten album. I dźwigają całkiem lekko, bo obaj mają ten flow i skillsy. Czasem może nie do końca zgrywają się z mocniej posuniętymi produkcjami Ro (np. w 'Black Sky', który jest trochę zbyt dziwaczny) i nie dla wszystkich cała płyta będzie do przyjęcia, bo im bliżej końca, tym 'ambitniejsze' stają się kawałki i tym mniej klasycznie hip hopowe: syntezatory wibrują w uszach, panowie rymują bez perkusji, robi się... soulowo. Do bólu nawet.
    Pierwsze 10 traków to jest stricte hip hopowa jazda, wyraźnie inspirowana The Roots, ale potem nie wszyscy będą zachwyceni. 'A Love Supreme' to płyta bardzo ambitna i naprawdę soulowa - jeśli ktoś to lubi, będzie wniebowzięty. Jednak ten klasyczny, organiczny hip hop rozwadnia się i rozmywa z biegiem minut i pod koniec ciężko wyłapać ten rapowy pierwiastek. Płyta warta jest na pewno sprawdzenia, choć nie wszyscy polubią.

OCENA: 4-\6