RAP AROUND THE WORLD

Ta strona poświęcona jest rapowi z całego świata. W hip hopie siedzę ponad 25 lat, zbieram płyty i nie ściągam ich z netu - chyba, że są to nielegale. Moja kolekcja płyt sięga ponad 15.000 sztuk - muszę chyba kupić większe mieszkanie, aby jeden pokój przeznaczyć TYLKO na płyty CD :) Nie spodziewaj się linków z downloadem - na pewno gdzieś sobie daną płytę znajdziesz - nie tu. I nie spodziewaj się też wielu nowości - ostatnio hip hop śmierdzi. Spodziewaj się za to recenzji rapu z ponad 100 krajów, albumów takich bardziej znanych i takich, o których słyszysz po raz pierwszy - może po taką płytę sięgniesz? Zapraszam na podróż po świecie hip hopu.
## Na dole dodałem flagi, żeby łatwiej było znaleźć coś z odpowiedniego kraju :)

niedziela, 31 marca 2013

RASSASSINATION - RAS KAS


Priority 1998

1. Endtro 
2. Rasassination 
3. Ghetto Fabulous    feat. DR. DRE, MACK 10 
4. Lapdance   feat. RC 
5. Skit #1
6. Conceited Bastard 
7. Ice Age     feat. KURUPT, EL DREX 
8. ...In A Coogi Sweatsuit [Skit]
9. H20Proof    feat. SAAFIR 
10. It Is What It Is    feat. JAZZE PHA 
11. Interview With A Vampire    feat. GOD & SATAN 
12. Wild Pitch    feat. XZIBIT, JAH SKILLZ 
13. OohWee
14. All Or Nuthin'    feat. TWISTA
15. Grindin'    feat. BAD AZZ
16. I Ain't Fuckin' With You
17. Get At Me 
18. The End    feat. RZA

    Pierwszy album Ras Kassa nieco mnie rozczarował. Potężna dawka liryki w stylu, który bardzo mi odpowiadał, ale wszystko położyła marna muzyka. Miałem sporą nadzieję, że drugi album Ras Kassa będzie choć trochę lepszy, zwłaszcza po singlowym 'Ghetto fabulous'...
    Moje błagania zostały wysłuchane i nowy album Rasa zrównał mnie z ziemią. Rapper odrzucił nołnejmowych producentów, a ich miejsce zajęli Easy Moe Bee, Big Jaz od Saafira, Stu-B-Doo ze stajni Dr. Dre Aftermath, Klev, związany z Twistą Toxic i niejaki Twelve oraz Flip. Mamy dzięki temu klasyczne bity, podkręcone nieco typowym dla zachodniego podziemia klimatem. Oprócz tego, znajdzie się tu kilka skitów, w których Ras np. nabija się z południowej maniery rymowania i ich image'u. Zresztą, rapper na potrzeby tego albumu zacisnął nieco więzi z wytwórnią Dr. Dre i nim samym, czego wynikiem może być niejaka przebojowość i chwytliwość co poniektórych podkładów - choć nie znaczy to, że są one tandetne, wręcz przeciwnie.
    Sam Ras Kass jest wybitnym emce, rymującym lekko poza bitem, ale bez sadzenia klopsów na werblach. Ma fantastyczną umiejętność lawirowania tekstami tak, aby nie wypaść z rytmu. Poza tym jego teksty... Koleś ma takie pancze, że mnie zwala z nóg: 'stick your dick in your eardrum and fuck what you heard' albo 'my ex-bitch called me a dog, so I piss with my leg up' albo 'Shit on your intellect, and fertilize your mind \ Pull out the guage and we can face off like Nicolas Cage \ Battle for the second coming of Christ and see whose soul gets saved'... Nie ma co, Ras jest jednym z najlepszych tekściarzy w Stanach, choć trzeba mieć dość sporą wiedzę o amerykańskiej kulturze i niezłą znajomość angielszczyzny. Ale warto się wysilić. Do tego Ras zaprosił samą creme de la creme Zachodniego Wybrzeża - jest tu Dr. Dre, jest Mack 10, Kurupt, Saafir, Twista, Bad Azz, Xzibit... Nawet Jazze Pha, zamiast produkować, chwycił za mikrofon. W przypadku kawałka 'Interview with vampire' próżno szukać w internecie czegokolwiek na temat duetu God & Satan - to po prostu dialog Kassa z samym Bogiem i Szatanem, sześciominutowa dywagacja na tematy filozoficzne. Moje ulubione traki to 'Conceited bastard', 'Wild pitch', 'OohWee', 'All or nuthin' ze świetnym wejściem Twisty i końcowy 'The end' z RZA o końcu świata. Płyta pełna rozkminek, inteligentnych żonglerek słowno-tematycznych i panczy prosto w Twój nos.
    Genialna płyta, choć wydaje się mocno niedoceniona. Na pewno najlepsza od Ras Kassa, pozostaje od 15 lat w sferze moich osobistych klasyków, znam ją prawie w całości na pamięć. Oczywiście inne jego płyty też są dobre lub świetne, ale... To jest jedna z tych płyt, które zabrałbym na bezludną wyspę.

OCENA: 6-\6  


piątek, 29 marca 2013

THE RESIDENT PATIENT - INSPECTAH DECK

Urban Icon 2006

1. Sound of the Slums    feat. MASTA KILLA 
2. C.R.E.E.P.S. 
3. What They Want
4. Get Ya Weight Up 
5. Interlude I
6. It's Not A Game   feat. HOUSEGANG & SUGABANG
7. Interlude II
8. My Style
9. All I Want Is Mine 
10. A Lil Story 
11. Get Down Wit Me
12. I.O.U.
13. No Love    feat. CARLTON FISK, CHICO DEBANGO
14. Grits- freestyle 
15. Do My Thang 
16. Handle That     feat. U-GOD, HUGH HEF
17. Animal Rights - House Gang
18. H.G. Is My Life 

    Trzeci album znanego z Wu Tang Clan, stojącego zawsze nieco z boku, ale zaznaczającego swoją obecność celnymi panczami, Inspectah Deck, zabiera fanów z powrotem na ulice 'Shaolin Staten Island'. Początkowo był to jedynie mikstejp, ale Inspectah zdecydował się wypuścić krążek oficjalnie, choć według podziemnych schematów.
    W związku z nieporozumieniami z RZA na tle nowego brzmienia Wu, nie znajdziemy tu wielu bitów od legendarnego producenta. W zasadzie jest tylko jeden - za to ze świetnym, wutangowym klimatem ('A lil story'). Większość klasycznych podkładów zrobił młodziutki DJ Mondee, związany z podziemnym Yak Ballz, ale także Concrete Beats, Cilvaringz, Flowers Prod., The Marksmen, Live son, Psycho Les z The Beatnuts i sam Deck. Mamy tu brudne brzmienie, które może cofnąć nas klimatem całe 10 lat, do Złotej Ery, chociaż słychać, że jest to muzyka nieco nowocześniejsza. Deck chciał się odwołać do korzeni i klasyki, do swoich własnych początków, wbrew zmieniającej się manii na elektronizację hip hopu. W założeniu miał to być tradycyjny, podziemny album, który uderzy ulice - i dokładnie taki jest.
    Inspectah zawsze był jednym z wyróżniających się mieczy Wu - w sumie ciężko tam znaleźć niewyróżniających się - ale jak wchodził Deck, to zamiatał. No i mamy tu typowe dla Decka przechwałki, ale i jego storytellingi i opowieści uliczne. 'I kick the raw shit, get chips from grippin' the cordless\ My broads flip, wicked like Halle in Swordfish \ With long fifths, long dicks smacking the back side \ Willie Dynamite style, mashing the black five \ Attract fly dimes, do I, come and see me'. Ciekawym zabiegiem było stworzenie zwrotki w 'A lil story', opartej na tytułach filmów i nazwiskach aktorów. Pomimo obecności kilku gości, Rebel INS świeci własnym światłem i zdecydowanie rządzi na trakach, bez dwóch zdań.
    Fantastyczny klimat albumu, powrót INS na ulicę i do klasyki. Może nie przypomina to za bardzo dokonań Wu, ale da się odczuć ten flejwor, typowy dla chłopaków ze Staten Island. Pomimo praktycznie zerowej promocji, wydaje mi się, że jest to bodaj najlepszy album od Inspektora, który zadowoli i fanów Wu, tak samo jak fanów podziemnego grania.

OCENA: 5\6


środa, 27 marca 2013

HANDS ON - DJ NU-MARK

Sequence 2004

1. Intro
2. Down Home - Eddy Senay
3. Rubber Bumpers - Tony Luisi
4. Laying Eggs - Paz
5. Hot Track - Rex Brown Company and Wersi Electric Strings Orchestra
6. Fudge Funk - Organised Konfusion
7. Intro (Life) - Jeru The Damaja
8. Perverted Monks In Tha House (Skit) - Jeru The Damaja
9. Intro - Group Home
10. Skit - Beatnuts
11. Melody - Blendcrafters
12. Chali 2na Comin Thru - DJ Nu-Mark feat. Chali 2na
13. No Good - Vitamin D
14. True Urban Grit - Prophetix
15. Saliva - Viktor Vaughn
16. Samurai - Shurik'n
17. Crew Song - Schlechta Umgang
18. Hands On - DJ Nu-Mark feat. Key Kool
19. Good Thing - Brad Strut feat. Bias B & LAzy Grey
20. 68 And I Owe You One - All Time High
21. Raw Chille - Beathoven
22. Impulsion - Ray Cooper & Barry Morgan
23. Brand Nu Live - Nu-Mark feat J-Live

    Chcesz mi powiedzieć, że nie wiesz, kim jest Nu-Mark? Niga pliz, nie słuchałeś nigdy Jurassic 5? Człowiek odpowiedzialny w tym zespole za skrecze i produkcję wydał swój własny album, jednak nie jest to płyta producencka, ani turntablistyczna,  ale jest to coś w rodzaju składanki, czerpiącej z przebogatych zbiorów winyli Nu-Marka, liczących kilkadziesiąt tysięcy sztuk.
    Dlatego na tym... mikstejpie? Ciężko to jakoś określić. Dlatego na 'Hands On' mamy zupełny misz masz muzyczny, jednak wszystko zamyka się w granicach przeznaczonych dla hip hopu. Zatem Mark umieścił tu zarówno kawałki rapowe (Chali 2Na, Key Kool, J-Live), bawi się znanymi bitami hiphopowych klasyków (Jeru, Group Home, Organized Konfusion), i pokazuje kilka znakomitych sampli przy okazji kawałków mniej znanych wykonawców spoza kręgu rapowego: soulowych, jazzowych i innych. Do tego nie zamyka się li tylko w swoim światku, związanym z J5, a nawet wykracza poza granice Stanów, co zdarza się raczej rzadko. Zazwyczaj to rapperzy ze świata zapraszają amerykańskich kolegów, a nie odwrotnie, bo ci nie interesują się raczej tym, co dzieje się na świecie. Dlatego mamy tu kawałki z Francji (Shurik'n), Niemiec (Schlechta Umgang) i z Australii (Bias B, Lazy Grey i Brad Strut). Aha, no i Key Kool z Visionaries, rymuje po japońsku.
    Dobór kawałków i sposób ich prezentacji powoduje nieustanne kiwanie głową, bo są to numery niby energetyczne, a jednak lekko wyczilautowane. Słucha się tego bardzo dobrze, zwłaszcza jako podkład do robienia czegoś, bo nie ma tu zbyt wiele tekstów, na których można by się skupiać. To świetnie zrobiony (chyba jednak) mixtape, łączący bardzo wiele ciekawych kawałków i stylów, które mają jednak sporo wspólnego. Widać, że Nu-Mark trzyma 'ręce na' pulsie i potrafi zrobić świetną płytę, która będzie jednocześnie samodzielną składanką dobrych brzmień, jak i ciągle pozostanie w klimacie nagrań Jurassic 5.
    Fani klasycznych brzmień i pracy DJ będą bardzo zadowoleni - zresztą, ciężko mi sobie wyobrazić kogoś, kto psioczyłby na ten krążek. Jednak, musimy pamiętać, że żadnych premier tu nie będzie, tylko składankę, pozbieraną z kolekcji winyli Marka. Ale i tak jest to super krążek!

OCENA: 5-\6 


poniedziałek, 25 marca 2013

BLACK SANDS OV ETERNIA - MYSTIK JOURNEYMEN

Legendary Music 1999

1. Oran
2. Sand Storm
3. Trek
4. Araingus
5. Life
6. Reflections   feat. ACEYALONE
7. Silly Wappers
8. The Piano Lesson
9. Grapes Ov Wrath
10. Hymns
11. Victom to the Rain
12. Escape
13. Mercury Rising    feat. THE GROUCH
14. John Henry and the Legend of the Silver Spike
15. Odyssey   feat. NASSARI
16. Firefly Rebellion
17. Rage     feat. THE LIVING LEGENDS
18. Silly Wappers Pt. II
19. Poor Mans Woes   feat. EMPEROR OF THE SUN
20. Niggas Wanna Rap
21. Grouchifer
22. Liquid Cement     featuring THE GROUCH
23. Final Stretch Home (Outro)

    Mystik Journeymen to legenda, można by rzec, że Żywa Legenda podziemnego rapu z Zachodniego Wybrzeża. Z niej wyszli tacy zawodnicy, jak Living Legends, The Grouch, 3 Melancholic Gypsys (czyli Murs, Eligh i Scarub), Bicasso, czy Aesop Rock. Przed sobą mamy ich piąty album (choć drugi wydany z większą promocją) z okresu, w którym znani byli w zasadzie na całym świecie, a przede wszystkim w... Japonii. Do Polski dotarli trochę później.
    Sunspot Jonz to osbą, której powyżej nie wymieniłem, ale to on stoi za wszystkimi podkładami na płycie. Są to luźne, wyczilautowane klasyczne podkłady, oparte o sprytnie zaprogramowaną bitmaszynę i kołyszące, spokojne sample, najczęściej z jazzu albo innej czarnej muzyki. Płytę często przerywają krótkie wstawki, interludy, czy skity, a także inne wynalazki. To muzyka powolna, ale niekoniecznie spokojna, często niosąca ze sobą jakiś niepokój i stanowiąca doskonałe tło dla niecodziennych rapperów.  
    Lucky.I.Am aka PSC i Sunspot Jonz mają dość specyficzny styl rymowania i pisania tekstów. Ich wizja świata jest mocno oparta o różnorakie filozofie, które mieszają się w jednym tyglu myśli i wychodzi z tego zakręcony, acz inteligentny obraz. Z tekstów przebija miłość od muzyki, tak samo jak niechęć do konsumpcjonizmu i mainstreamu. Czasem to wszystko wydaje się nieposkładane i nie do końca wiadomo o co chodzi, ale nie brak tu celnych metafor, czy odważnych porównań. Dodatkowo, emce wyginają swój flow, podśpiewują, czasem wręcz niepokojąco wyją. Naturalnie, nie będzie tu mowy o obcych na płycie - aby nie wprowadzić zbędnego fermentu, swoje zwrotki dograli tylko ludzie z rodziny.
    To nie jest płyta dla pierwszego lepszego fana hip hopu. Tego typu brzmienia trzeba lubic i być otwartym na eklektyczne wajby i skomplikowane, niecodzienne wersy, w których można się łatwo zgubić. To ciężka, ale ambitna płyta, więc warto się w nią wsłuchać. Pozycja obowiązkowa dla rapowych purystów i fanów podziemia WestCoast.  

OCENA: 4\6


sobota, 23 marca 2013

MAKE ROOM 4 DADDY - DANGEROUS DAME

Snake Pit 1994

1. Nigga What?
2. Sabotage  feat. MC MEL
3. Gat's & Dope
4. Struggle In The Rap Game
5. I Know Ya Background
6. Can You Feel Me?     feat. REV. DR. MADMAN, B-HIDE
7. My Patna's Mama
8. Royal Flush    feat. SKI & THE MAFIA
9. Make Room 4 Daddy
10. Don't Drink That Gin
11. The Funk Is On     feat. JET
12. He's Comin' Back
13. The Homies In The Hood Got Love

    Dangerous Dame to jedna z legend Bay Area. Pogódź się z tym, nawet jeśli o nim w życiu nie słyszałeś. Przed sobą mamy jego czwarty album, album, który zanim jeszcze wyszedł, miał już status kultowego. Dame w połowie lat '90 miał już swój fejm przede wszystkim na Zachodzie i był na tyle szanowany, że sam Master P chciał wciągnąć go do swojej gry w No Limits, co częściowo mu się udało. Przypominam, że wówczas Master P był kimś!
    Na omawianej płycie, Dame, kiedy miał już ustaloną pozycję, postanowił odejść od ustalonego, g-funkowego brzmienia, aby zwrócić się bardziej w stronę old schoolu. Nadal jest to funk: żywe basy, funkowe wajby, oszczędne dźwięki. Ten oldskulowy funk popełniony został przez takie osoby, jak Venom Rhythm, Dizzy Prad i E. Blacknell - może mało znani, ale przynajmniej wiedzą, jak zrobić 'starożytny' funk. Wszystko brzęczy od basu i kląska od syntezatorów - taka uczta dla lubiących wczesne, zachodnie granie.
    Dame nie został ikoną g-funku na darmo. Ma laidbackowe flow i styl, który może kojarzyć się ze słoneczną, gangsterską Kalifornią. Dodatkowo to wrażenie podsycają teksty - niby wyluzowane, ale z drugiej strony pełne kryminalnych opowieści z tych ulic Oakland, na które nie pada ciepłe słońce Kalifornii. Pojebane czarnuchy, tanie dziwki, koks i broń pojawiają się w zasadzie w każdym kawałku. Nieliczni goście pozostają w klimacie, choć nie wnoszą nic wielkiego.
    'Make Room 4 Daddy' to płyta przede wszystkim dla fanów zachodniego grania, g-funku i starych, nieskomplikowanych brzmień. Dame jest niezłym rapperem, ma swój styl, chociaż podobnym może się poszczycić co najmniej kilku na zachodzie. Porządna, gangsterska płyta, choć straciła na świeżości przez lata.    

OCENA: 3\6



czwartek, 21 marca 2013

MAC OF THE ROUND TABLE - FM

Avenue 1992

1. Gotta Be a Player        
2. The Gift        
3. Game        
4. Do It (Til Your Satisfied)        
5. Black Man's Thang        
6. Out of Control        
7. Another Nigga Dead        
8. Click of My Nine        
9. Gimmie Whatcha Got        
10. Mac From Memphis     
11. Pimpin Ain't Dead

    Czy Memphis musi się kojarzyć z plastikami, rypaniem wściekłych rymów i generalnie z okolicznościami Three 6 Mafia? Nie, nie musi, nawet jeśli FM aka FreakMaster jest sprzed tej ery. Debiut FM może nikogo nie zaskoczył, ale to płyta nieco inna niż reszta z Memphis.
    Z drugiej strony nie oznacza to, że płyta FM jest inna od wszystkiego, nie. To dość typowy zachodni funk, jakiego było pełno w tamtym czasie. FM wraz z pomocą muzyków sesyjnych, wyprodukował 11 przyjemnie bujających funkowych podkładów. Mamy tu więc muzę na żywo, z basami, perkusją, klawiszami i dęciakami - wszystko zagrane osobiście i tym przyjemniej. Osobiście, znaczy, że przynajmniej część z instrumentów obsługiwana była przez samego FM, tylko gitary i perkusja musiała znaleźć własną obsadę. 
    Tematyka też nie jest olśniewająca: wszystko na temat życia gracza z zachodu. Strzelaniny, nielegalne przeszukania, życie w getcie, bycie graczem i pimpowanie dziwków... W sumie, nic odkrywczego, a wręcz teksty są zwyczajne, choć z pewną dozą ironii i dowcipu. Poza FM na majku pokazuje się parę osób, ale są to rapperzy z doskoku, nawet nie wymienieni w kredytach (Chilly D i Lil Pat), robiący trochę szumu na traku. Pierwsze skrzypce gra tu i tak FM - czy to w produkcji, czy na majku. 
    Pierwsza płyta FM (z trzech, jak do tej pory) przynosi nam całkiem porządny debiut, typowy dla zachodu, trochę w stylu Too $hort'a, czy wczesnego Spice 1. Całkiem przyjemny klimat g-funku i takich typowych westcoastowych jazd. Sympatyczna płyta - jeśli można użyć tego słowa odnośnie albumu, na którym zginęło kilka osób...

OCENA: 4-\6


wtorek, 19 marca 2013

EVIL SIDE GANGSTAS - SNOOPY & VILLAIN

2002

1. Intro (805 Live) 
2. Evil Side Assasins
3. Welcome
4. We're Back 
5. Around Here    feat. MADOGG, HAVIK
6. This Is How We Do It 
7. When A Soldier Dies (That's Life) 
8. Born and Raised
9. I want to go home 
10. Chronic Break
11. Always Gettin' High 
12. Mission 
13. Evil Side 
14. We're The Ones 
15. So Much Pain

    Chicano rap, czyli rap latynoski w USA, to doprawdy ewenement. Oczywiście, mamy tu i Cypress Hill, czy Delinquent Habits, ale z drugiej strony wydało płyt tyle beztalencia i bezguścia, że wypada tylko złapać się za głowę. Snoopy i Villain to dwóch ogromnych Latynosów prosto z ulic Santa Barbara, którzy jakimś sposobem dostali się do gry i wydali ten album...
    Ok, muzycznie nie ma się zupełnie do czego przyczepić. Prawdziwy hardkorowy g-funk: mocne perkusje, ciężki bas przy samej ziemi, funkowe sample, vocodery i moogi na wokalach - takie ciężkie pierdolnięcie pomiędzy rozwiane palmy plaż St. Barbara. W zasadzie muzyka jest tutaj najlepszą rzeczą, jaką znajdziemy na albumie - sprawdź bit do np. 'Around here', 'We're the ones' czy 'Mission'.
    Za to wrażenie psują Snoopy i Villain. Kurważ mać, jak do tego stopnia można nie umieć rymować? I jakim cudem ktoś to wydał? Grozili wydawcy pistoletami, czy jak? O ile jeszcze rymują po hiszpańsku, da radę jako tako, ale kiedy wkracza angielski... Madre Mio! Języki się plączą, nie trafiają w werble, ciężko zrozumieć w ogóle, o czym seplenią... Zresztą, po chuj tu coś rozumieć, kiedy jebią takie pierdoły, że przedszkolak byłby zażenowany poziomem poezji ulicznej. Szkoda się tym zajmować.
    Żeby na tych bitach zarymował ktoś, kto umie i nie zawiązuje mu się język na angielszczyźnie, to byłby porządny album westcoastowy. A tak, w ogóle ciężko to przebrnąć do końca, bo kolesie się tak męczą na majkach, że masz ochotę skrócić ich cierpienia i wyłączyć jak najszybciej. Osobiście nie znajduję usprawiedliwienia dla wydania takiego albumu. Najlepszą reklamą jest to, że duet nie wydał już nic więcej - niestety, wyszło parę solówek... Choć nie powinni wydać nawet tego jednego... No dobra, te następne albumy są nieco lepsze...

OCENA: 1\6